Steve Jobs. Nie jest aktorem, nie jest prowadzącym, ani nawet średnim dokumentalistą, ale za to pierwszoplanowym reżyserem serialu pod tytułem “Apple’s World Domination”. Podczas Oscarów wyświetlił premierowo spot reklamowy iPad’a (w skrócie to taki przerośnięty iPhone) i napisali (po Mashable) o tym prawie wszyscy. Nawet ja i “Wyborcza”. Sam pojawił się na rozdaniu statuetek i właśnie ponoć dlatego Cameron przegrał. Czyżby “Avatar” używał BlackBerry?
Ostatnio czytałam, że w tym roku warto zwrócić uwagę na trzy wydarzenia, z których żadne - niestety - nie ma korzeni w naszym kraju. Jednym z nich jest prezentacja nowego wynalazku spod znaku Apple - tabletu, który wreszcie ma swoją nazwę własną, iPad. Pomyślałam, że to bardzo dobra okazja, by napisać parę zdań właśnie o tej firmie, ale z polskiej perspektywy.
Otóż, czytelnicy tego bloga pewnie wiedzą, że ochoczo korzystam ze sprzętu właśnie tej marki. Napisałam to kilka razy i naprawdę nikt mi za to nie zapłacił. Uważałam i nadal uważam, że sadownicza rodzina charakteryzuje się fajnym designem, prostą obsługą, szybkim działaniem i innowacyjnymi rozwiązaniami. Złośliwie mogłabym dodać, że również wysoką ceną, ale po co, skoro znajdują się chętni by wysupłać ze swoich oszczędności kilka tysięcy na małe co nieco ze świecącym jabłuszkiem. Wszystko pięknie i niemal różowo, ale tylko do czasu, kiedy działa bez zarzutu. Wystarczy jedna, drobna usterka, by cały wizerunek soczystych i zdrowych owoców zamienił się w gnijący ogryzek. Wiem, co mówię. Mój komputer przeleżał w serwisie ponad miesiąc. Dopiero po fakcie przeczytałam na licznych forach, że bardziej opłacało się wsiąść w samolot, pojechać do Anglii, tam naprawić lub wymienić na nowy i wrócić. Dlaczego? Po pierwsze jest szansa, że diagnoza usterki nastąpiłaby w pierwszym tygodniu od daty dostarczenia wadliwego egzemplarza, po drugie, że ta diagnoza byłaby słuszna, po trzecie, że po 14 dniach miałabym komputer w swoich rękach. Nie wspomnę już o krajowej infolinii, której już lepiej żeby wcale nie było, bo raczej dezinformuje zamiast informować. Po raz kolejny przykro było się przekonać, że niektóre korporacje traktują nasz kraj jak rynek piątej kategorii, gdzie kupić można szybko i bezboleśnie, ale korzystać z gwarancji po prostu nie wypada.
W międzyczasie, gdybym miała na czym, to napisałabym, że:
1. “Avatar” wcale mi się nie podobał. Efekty - jasna sprawa, ale za to scenariusz się posypał. Rozumiem jednak dlaczego otrzymał Złotego Globa. Po prostu “na globie” dobrze się sprzedał, a czasem należy nagradzać kasowe produkcje, by pokazać, że Hollywood ma się naprawdę dobrze.
2. Grupa Delphic ma fajny teledysk do wcale nie tak świetnego kawałka “Doubt”
3. “Contra” Vampire Weekend jest - jak dla mnie - mniej dynamiczna niż pierwszy album. Podobają mi się utwory “Diplomat’s son” i “I Think Ur A Contra”. Na stronie internetowej MTV można za to obejrzeć koncert “Vampire Weekend Unplugged”.
4. “Sherlock Holmes” - Robert Downey Jr okazał się idealnym kandydatem do zagrania detektywa w czasach, gdy wszyscy zachwycamy się Dr House’em.
5. Jedna z fajniejszych kampanii do walki z AIDS promująca używanie prezerwatyw. Za kreację odpowiada agencja TBWA Paris.
——————————–
WNIOSKI: Jabłka w Polsce są fajne, pod warunkiem, że są świeże i nie mają żadnych skaz. Kiedy traficie na wadliwy egzemplarz, uzbrójcie się w cierpliwość, bo zanim dostaniecie jednostkę zdatną do ponownego spożycia nabawicie się rozstroju żołądka i nadkwasoty.
UWAGA!
Przysłowie “Two apples a day and keep the doctor away” sprawdza się wyłącznie w kategoriach owoców jadanych.