Posts tagged: Fisz Emade Twozywo

Heineken Open’er 2 - 5 lipca 2009 (press play)

Heineken Open'er '09

Szkoda czasu, zatem od razu do rzeczy. Na festiwal pojechałam spontanicznie, bez specjalnych oczekiwań i nastawiania się na cokolwiek. No może z wyjątkiem Santigold, którą od dłuższego czasu chciałam zobaczyć na żywo. O samej podróży juz wspominałam, więc nie będę się powtarzać. Dodam tylko, że ilość przekleństw, ustnych gróźb skierowanych w kierunku elektronicznych wynalazków oraz narzekania na Polskę nawet mnie zaskoczyła. Nie od dziś wiadomo, że jazda samochodem po naszym kraju jest jeszcze mniej przyjemna niż wizyta u dentysty. Może boli tak samo, ale do tego drugiego przynajmniej nie ma kolejek.

2 lipca

W wyniku żółwiego tempa jazdy spóźniłam się 20 minut na koncert The Car Is On Fire. Kiedy przekroczyłam przestrzeń Tent Stage zespół na dobre już grał, prezentując utwory przede wszystkim z ostatniego wydawnictwa “Ombarrops!”. Niestety sam występ wypadł raczej słabo i nie inaczej można go ocenić, przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsze zespołowi krzywdę wyrządzili dźwiękowcy, powodując, że praktycznie nie było słychać wokalu. Po drugie kulejący akcent angielski wokalisty irytował bardziej niż na płycie. Może czas zacząć pisać piosenki po polsku? Zdaje się, że nie tylko mnie to przeszkadzało, bo w namiocie dało się usłyszeć podobne komentarze. Na tej samej scenie o 21.00 pojawił się szwedzki band Peter, Bjorn And John, znany przede wszystkim z przeboju “Young Folks”. Umie go zagwizdać prawie każdy, znając popularny motyw jeśli nie z radia to z wielu kampanii reklamowych. W Polsce na przykład sieci komórkowej Era. Muzycznie to żadna rewelacja, ale Skandynawom udało się skutecznie rozruszać open’erową publiczność, wybudzając ze statycznych postaw nawet najbardziej przyklejonych do trawy. W roztańczonej atmosferze “Nothing To Worry About” płynął czas do 22.00 i koncertu pierwszego prawdziwego headliner’a Open’era - brytyjskiej grupy Arctic Monkeys. Sama tego dnia najbardziej czekałam na ich występ. Nie jestem jakimś specjalnym fanem tworczości Alexa Turnera i spółki, no może poza pierwszą płytą, ale dużo słyszałam i czytałam o ich niesamowicie energetycznych prezentacjach na żywo. I co? Niewiele z tych opisów się sprawdziło. A na pewno nie w Gdyni. Calkowity brak kontaku z publicznością, granie nowego materiału, który brzmieniowo znacznie odbiegał od tego, do czego nas przyzwyczaili i dwie poważne awarie nagłośnienia każą mi ocenić całość jako jedno z największych rozczarowań całego festiwalu. Nie pomogło zagranie przebojów “I Bet You Look Good On The Dancefloor” czy “When The Sun Goes Down”. Mój znajomy miał i nadal ma pewną teorię na temat tego, dlaczego tak się stało. Otóż, według niego to przez długie wlosy wokalisty… Podobnie sytuacja ma się z irlandzkim aktorem Colinem Farellem. Jak ma krótkie włosy na ogół jest dobra rola, długie - porażka. Na przykład “Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj” - krótkie włosy, świetna rola, Złoty Glob, “Miami Vice” - długie wlosy, film nudny jak koncert Piotra Rubika. Wiem, że to śmieszne wytłumaczenie, ale sympatyczniejsze niż opisywany w “Gazecie Wyborczej” piorun, ktory rzekomo uderzył w autobus Arktycznych Małp. Po ich występie duża dawka zniechęcenia ogarnęła mój stan umysłu i już prawie chciałam wracać do hotelu. Dobrze, że namówiono mnie na pozostanie i zobaczenie grupy Late Of The Pier, bo jak się okazało w niedziele wieczorem to był najlepszy koncert na całym Open’erze. Przynajmniej ja go tak oceniam. Chociaż slowo “performance” byloby chyba bardziej trafne, aby oddać to co się działo na scenie. Niesamowita energia, uklady choreograficzne rodem z lat 80., pełne zaangażowanie, no i muzyka zawieszona gdzieś pomiędzy popem, rockiem a surową elektroniką. Świetne i ciężkie do opisania zarazem. Ten zespół stworzony jest do grania na żywo i jak tylko będziecie mieć okazję koniecznie musicie ich zobaczyć. Wraz z ostatnimi jazgotami wydanymi przez gitarę lidera Late Of The Pier skończył się dla mnie pierwszy dzień festiwalu.

3 lipca

Trójmiasto nie do końca jest przygotowane na najazd ponad 50 tysięcy ludzi. W czwartek popularną Szybka Kolejką Miejską dało się prawie bezproblemowo przejechać z punktu a do b. W piątek, kiedy ludzi przybyło okazało się to nieco trudniejsze. Nie zawsze można było się wbić do pierwszego, nadjeżdżającego pociągu. Podobnie z powrotem. Dojazd z Gdańska do Gdyni Głównej, a potem dalej do Kosakowa juz bezpłatną linią zajmował nawet do 2 godzin. Miałam to na uwadze i dlatego udało mi się zobaczyć wszystko, co zaplanowałam. Tego dnia zaczęłam od Paristetris. To polski zespół z ciekawą, pochodzącą z Argentyny wokalistką. Niestety słuchanie koncertu okazało się mocno utrudnione ze względu na bardzo, bardzo bliskie sąsiedztwo Sceny Dla Młodych Talentów, których gitary skutecznie zagłuszały głosy i dźwięki w scenie namiotowej. Musiałam podejść naprawdę blisko żeby skupić się na jedym i zapomnieć o drugim. Nie było to trudne, bo frekwencja raczej nie okazała się porażająca. Więcej ludzi zatrzymywało się w środku, kiedy grupa wykonywała numer “Blue Velvet”, który - o czym warto wspomnieć - w ogóle nie pasował do reszty prezentowanego materiału. Dlaczego oni go grają? Nie wiem. Marię Peszek sobie odpuściłam, bo już miałam okazję oglądać ją na żywo i oddałam się błogiemu lenistwu na trawie przy scenie dla młodych talentów, skąd płynęły dźwięki grupy Superxiu. I tak prawie do 20.00. Później wypadało przenieść się pod Scenę Główną, na której miała zaprezentować się grupa Gossip z niezastąpioną Beth Ditto. Pod “Main Stage” stały już tłumy i to z wielu powodów. Po pierwsze nic ciekawego nie grało w tym samym momencie, po drugie wychodzący na Open’erze specjalny dodatek “Gazety Wyborczej” tyle razy opisał i odmienił przez wszytskie przypadki kontrowersyjność wokalistki, że każdy chciał to zobaczyć na wlasne oczy, po trzecie “Standing In The Way Of Control” pojawił się w reklamie promującej festiwal. Skandalu nie bylo, ale przyzwoity koncert i owszem. Proste, gitarowe brzmienie plus nietuzinkowy glos Beth zapewniły dobrą zabawę. Szkoda tylko, że wszystkie utwory na jedną modłę. Czasami ciężko było zauważyć, że to już koniec jednej piosenki i początek następnej, ale biorąc pod uwagę wczorajsze załamanie przy Arctic Monkeys było naprawdę nieźle. Nie zostałam do końca, bo bardzo chciałam zobaczyć na żywo Gabę Kulkę. To jedna z lepszych polskich wokalistek, jakie udało mi się slyszeć w ostatnich latach, więc siłą rzeczy wypadało obejrzeć. Tym bardziej, że zaprezentowała się znakomicie. Zagrała swoje wcześniejsze, mniej znane kompozycje oraz kawałki z płyty “Hat, rabbit”. Pojawił się również duet - niespodzianka z wokalistką Paristetris. Gaba potrafiła mnie prawie zahipnotyzować. Stałam tam i nie mogłam uwierzyć - jak pisał redaktor Szubrycht w “Przekroju” - że tyle talentu mieści się w jednej Kulce. Już się cieszę, że występuje równiez na Off-Festival. The Kooks darowałam sobie kompletnie, krążąc po Open’erowych garmażeryjno - kulturalnych straganach. Oprócz kolorowo przebranego tłumu, można było spotkać również wynalazców, a właściwie jednego, którego sedredcznie pozdrawiam.

Heineken Open'er '09

Przed 23.00 ponownie wróciłam do Tent Stage, gdzie miała występować Duffy. Na scenie pojawiła się dośc punktualnie, dając koncert z wszystkimi swoimi przebojami, ale bez jakichś spektakularnych momentów. Trochę tak bezpłciowo było. Zaczęło się od “Rain On Your Parade”, było “Mercy” i “Warwick Avenue”. Grzeczny występ, grzecznej, eleganckiej panny, co jeździ na rowerze po centrum handlowym i pije diet coke. Pojawiły się również atrakcje dla Panów, w postaci ładnych chórków z synchronizowanym ukladem choreograficznym. Pełen profesjonalizm. Na Moby’ego nie poszłam i spokojnie czekałam na Crystal Castles, którzy ostatecznie zagrali z 20-minutowym opóźnieniem. Dobrze jednak, że przyszlam wcześniej, bo jak sie okazało Scena Namiotowa pękała w szwach. Poza marnym koncertem Artcic Monkeys to było drugie wielkie zaskoczenie: niewyobrażalnie duże zainteresowanie występem tej kanadyjskiej formacji. Wydawało mi się, że to raczej mocno alternatywne przedsięwzięcie z garstką fanów, a tutaj taka niespodzianka. Swoją lwią zasługę ma w tym Program 3 Polskiego Radia, który sporo dobrych i ciekawych rzeczy mówil o Alice Glass. No i opisywane w “Wyborczej” kontrowersje wokół szoł na żywo. To zawsze działa. Muzycznie to dla mnie absolutny majstersztyk. Dźwięki rodem z komputera Atari, połączone z przesterowanym basem i przetworzonym glosem wokalistki. Na koncercie wszystko to brzmiało trzy razy bardziej agresywnie i tanecznie. Natomiast wizerunek sceniczny solistki to już nie moja bajka. Okładanie się mikrofonem i tym podobne ekstrema. Ale póki się do mnie nie zbliża, jest mi to obojętne. Ostatecznie muzyka jest najważniejsza. Na Crystal skończył się drugi dzień festiwalu. Dodam tylko, że po ich koncercie wypiłam dwie litrowe butelki wody i nadal odczuwałam pragnienie.

4 lipca

Czas pierwszego poważnego zmęczenia i lekkiego lenistwa. Krótkie noce i właściwie brak snu zaczęły konkretnie dawać się we znaki, co zaowocowało skróceniem sobotniego programu do absolutnego minimum, no i ominięciem koncertu grupy M83. Poźniej okazało się, że to był bardzo duży błąd, bo czytałam tu i tam, że to francuskie trio na czele z Anthonym Gonzalezem zagrało doskonale, wprowadzając publiczność w “bajkowy” nastrój. Mój scenariusz dnia miał rozpocząć się od zobaczenia na Tent Stage grupy Kamp! Ale za sprawą oblężenia dworca w Gdańsku i przepełnienia najpierw SKM, a później bezpłatnych autobusów ledwo zdążyłam na połowę koncertu Fisza. Nie będę rozpisywać się na temat występu braci Waglewskich, bo jak zwykle było dobrze. Może warto tylko odnotować, że to jeden z tych artystów, ktorego fani znają większość tekstów na pamięć i jak trzeba ochoczo je śpiewają. Nie inaczej było na Open’erze. Szczególnie na dwukrotnie wykonanym “Jesteście Gotowi?”. A później… a później zaczęło spadać ciśnienie i w powietrzu można już było wyczuć zbliżający się deszcz. Ponieważ w międzyczasie ogłoszono komunikat o opóźnieniu o godzinę występu Madness z czystym sumieniem uzupełniałam kalorie, poziom cukru i kofeiny. Krótko potem na dobre się rozpadało. Wiadomo, że najlepszym i najbezpieczniejszym miejscem na Open’erze w takim wypadku jest Scena Namiotowa, w której za chwilę miał rozpocząć się koncert Emiliany Torrini. I rzeczywiście liczba publiczności rosła proporcjonalnie do wzrostu intensywności opadów. Na początku były pustki, a z każdym kolejnym utworem robiło się coraz bardziej gęsto. Jak wypadła sama wokalistka? Zaczęła folokowo - nastrojowo, by potem odsłonić swoją drugą twarz z pulsującymi, mocniejszymi brzmieniami. Zarówno w jednej, jak i drugiej odsłonie wypadła doskonale. Praktycznie po każdym utworze z sympatycznym akcentem mówiła coś do widowni, co należy uznać za duży plus. Spora rzesza wykonawców na tegorocznym festiwalu ograniczała się zalediwe do zdawkowych “thanks”, “you’re great” i zdeformowanego “dziękuję”. Po relaksujących, kobiecych dźwiękach przyszedł czas na jeden z największych dylematów, co wybrać: Q-Tipa, czy Faith No More. Ja wybrałam tego pierwszego, a towarzysząca mi osoba Mike’a Pattona i spółkę. Czy poszłam w dobrą stronę, to już na zawsze pozostanie zagadką. Wiem z relacji z pierwszej i drugiej ręki, że występ Faith No More był absolutnie wyjątkowy. To muzyka mojego dzieciństwa i był taki czas, kiedy “Epic”, “Easy” czy “Evidence” znałam na pamięć. Potem krótka fascynacja się skończyła, ale sentyment pozostał. Ponoć Patton nadal ma doskonały głos, a kontakt z polską, open’erową publicznością miał wzorcowy. Jednak nie widziałam tego na własne oczy, więc nie chcę zaciemniać obrazu i odsyłam tutaj. Ostatnim akcentem sobotniego, koncertowego maratonu był dla mnie występ Brytyjczyków z grupy White Lies. Opisywani jako “najglośniejszy debiut roku 2009″ oraz porównywani do Joy Division i Talking Heads na żywo wypadli tylko średnio. Uczciwie trzeba zaznaczyć, że w dużej mierze to zasługa dźwiękowców, bo za glośno grały gitary, a prawie wcale nie było słychać instrumentów klawiszowych, w wyniku czego zmasakrowano “Farewell To The Fairground”. Na kolejny singiel grupa wybrala “Death”, choć po reakcji i zaangażowaniu publiczności powinni celować w “Unfinished Business”. Po “To Lose My Life” to właśnie tą kompozycję najchętniej oklaskiwała widownia. Po wyjściu z namiotu nastąpiło moje wyjście w ogóle. Na długi powrót i kolejny krótki sen.

5 lipca

(aktualizacja 17 lipca)

Od tej daty minęły już prawie dwa tygodnie. Z jednej strony umknęło mi już sporo szczegółów, z drugiej ta część, która została zdążyła się mocno skondensować, dzięki czemu nie będę nikogo skazywać na mękę tysiąca linijek oraz mielizn bardziej niebezpiecznych niż skoki ze sceny Alice Glass z Crystal Castles. W wielu komentarzach dotyczących festiwalu czytałam, że szczyt frekwencji przypadał w sobotę na Faith No More. Mnie się zdawało, że w niedziele ludzi było ich dużo więcej. Czy to zasługa Placebo lub Prodigy? Wątpię. Na pewno też nie Santigold albo Priscilli Ahn. Tłumy były żądne “Sex On Fire” i przystojnej rodziny Followillów. Jak wróciłam z Open’era do domu, do pracy i w ogóle do wszystkiego, z czym spotykam się na co dzień to wszyscy pytali tylko o występ Kings Of Leon. Owszem zagrali. I było “Sex On Fire”. Było również strasznie bezpłciowo i trochę nudno. Tak to jest, jak się zostaje ofiarą jednego przeboju. Wiem, że fani zespołu widzą to nieco inaczej, ale powiedzmy uczciwie, że przed wypuszczeniem właśnie tego singla niespecjalnie interesowano się ich muzyką. Nazwa grupy budziła raczej skojarzenia z długimi włosami, brodami i w ogóle hipisowskim image’em. Teraz zostało po nim tylko wspomnienie, no i fanek znacznie więcej. Wytrzymałam tylko na 2/3 koncertu, bo zaczynał się występ The Ting Tings i - sami rozumiecie - trzeba było zobaczyć.

Ostatni dzień Open’era to dla mnie jednak przede wszystkim Santigold. Wiem, że często opisuje się ją jako wtórną wobec M.I.I., ale jej debiutancka płyta z zeszłego roku strasznie mi się podobała, no i nigdy wcześniej nie widziałam jej na żywo. Zagrała dość krótki set, bo ledwie 45 minut, za to dając naprawdę niezły występ. Pomijam obecność podstawowych hitów, jak “Say Aha”, “Lights Out” czy “L.E.S. Artistes”, ale to doskonały kontakt z publicznością i żywiołowość Santi zapewniły jej tytuł jednego z lepszych szoł na całym festiwalu. No i warunki wokalne… jak dla mnie brzmiała lepiej niż na studyjnym albumie. Szkoda, że tak szybko skończyła. Cóż, może to dlatego, że zaczynał się Kings Of Leon?

Przed nocno - poranną podróżą widziałam jeszcze duet The Ting Tings. W Glastonbury ich występ pokrywał się z koncertem Blur i ponoć przyszło calkiem sporo ludzi. Znałam ich - jak większość zgromadzonych w namiocie - z raptem dwóch przebojów “That’s not my name” i “Shut up and let me go”. Zagrali fajnie. Żywiołowo, energetycznie, poprawnie. Ich muzyka jak najbardziej sprzyja koncertowemu szaleństwu, ale nie wróżę zespołowi jakiejś specjalnej kariery. Strasznie to wszystko wtórne, tak że jednym uchem wpada, drugim wypada. Za dwa- trzy lata nikt nie będzie o nich pamiętał.

A później półsennie wracałam ponad 12 godzin do domu. Naprawdę po Polsce nie da się jeździć.

PODSUMOWANIE

1. Nakazy i zakazy Aletr-Art powinny w najbliższym czasie podlegać reformie. Zakaz wnoszenia aparatów większych niż 3,2 mega piksela? Prawie każdy nastolatek ma już w swoim telefonie 5.

2. Ciekawym pomysłem było wprowadzenie “Alter Kart” w porozumieniu z BZ WBK. To taki alternatywny do kuponów system płacenia za garmażerię i piwo na Open’erze i nie tylko. Karta płatnicza, doładowywana w systemie pre-paid (zupełenie jak tak-tak, pop, simplus) działająca między innymi w trybie zbliżeniowym. W praktyce jej posiadanie skazywało na stanie w dość długich kolejkach, bo na każdym straganie - stoisku był jeden terminal, który czasem odmawiał posłuszeństwa. Ale tak to już jest. Za postęp techniczny trzeba płacić wysoką cenę.

3. Już nie Chałupy, łódki na Mazurach, molo w Sopocie czy modne warszawskie kluby, ale Open’er to najlepsze miejsce do obnoszenia nowego modelu tenisówek marki Converse czy okularów Ray Bana. Plus spora dawka pretensjonalnych min i “ciekawych” dialogów.

4. Stosunek jakości do ceny dość zadowalający.

WordPress Themes | updated by GTK.PL