Made in…
Tak to jest jak się wyjeżdża w podróże zagraniczne. Pewne wydarzenia można komentować już tylko z bardzo dużym opóźnieniem. A jak w grę wchodzi premiera kinowa, to już w ogóle bez sensu. Bo pewnie od czasu gdy zaczęto wyświetlać “Wojnę polsko-ruską”, w licznych multipleksach i garstce kin studyjnych pokazało się co najmniej z 10 nowych tytułów. Nie wspomnę już o nielegalnym obiegu, gdzie nie ma kas, biletów, a jedynym ograniczeniem w dostępie do obrazkowej kultury staje się pojemność dysku. Ale do rzeczy. Otóż po dwóch próbach zobaczenia dzieła Xawerego Żuławskiego zakończonych fiaskiem nareszcie się udało. A nie było łatwo. Po pierwsze ten plakat. Nie tylko faktycznie przypominał “Trainspotting”, ale w pewnym sensie od razu narzucał określony punkt widzenia na coś, czego się przecież nie obejrzało. Po drugie, na wakacjach po raz kolejny przebrnęłam przez powieść Masłowskiej i zastanawiałam się jak to w ogóle można było sfilmować. Po trzecie, znajomi którzy film widzieli pisali, że przyzwoicie zrobiony, świetny montaż, zdjęcia, jak na polskie standardy to rewelacja, ale po wyjściu z kina nic nie zostaje. Ot, taka rozrywka na 90 minut z hakiem, a po wszystkim zaczynasz się zastanawiać: “Zaraz, zaraz… o czym to było?”. Po zobaczeniu całości moja opinia to: pozytywne zaskoczenie.


