Dobry polski film widziałam
Wydaje mi się to warte odnotowania. Zwykle jak chodzę na rodzime produkcje to poza stratą 20 złotych na bilet odczuwam narastające poczucie beznadziei i zwątpienia w nadwiślańską kinematografię. Czasem zastanawiam się, czy aby na pewno to ze mną jest wszystko w porządku i krytycznie spoglądam na swój sposób postrzegania. Bo skoro znalazł się “wielki” reżyser, który postanowił wziąć na warsztat zły lub bardzo niedobry - moim zdaniem - scenariusz, aktorzy z pierwszych stron tabloidów i pudelka zgodzili się w nim zagrać a Polski Instytut Sztuki Filmowej dał zielone światło oraz dotację na dokończenie “dzieła” to wygląda na to, że powinno powstać coś przynajmniej na poziomie przyzwoitym. Jeśli jeszcze dodać pięciogwiazdkową recenzję w poczytnym tygodniku to sami rozumiecie, że można mieć spore wątpliwości, czy to co widzimy na ekranie rzeczywiście nam się nie podoba, czy też staliśmy się tak zmanierowanymi i leniwymi odbiorcami kultury, że po prostu nie dostrzegamy jej artystycznego kunsztu.
Biorąc pod uwagę powyższe komentarze, kiedy dziś wchodziłam na salę kinową obejrzeć najnowszy film Feliksa Falka “Enen” nie obiecywałam sobie po nim zbyt wiele. Nawet kupiłam co nieco do przegryzienia, gdyby mielizny dialogów wywołały narastający skurcz żołądka. A chrupać można było spokojnie. Na sali oprócz mnie i towarszyszącej mi osoby, znalazło się jeszcze tylko czterech śmiałków gotowych na pojedynek z półtoragodzinną zapowiedzią podróży w nieznane. Na szczęście obyło się bez kolein, kolizji i wypadków. Z przyjemnością mogę napisać, że “Enen” okazał się filmem dobrym, świetnie zagranym i sprawnie wyreżyserowanym. Opowiada historię lekarza szpitala psychiatrycznego (w tej roli bardzo dobry Borys Szyc), który próbuje rozwikłać tajemnicę tożsamości jednego z pacjentów, cierpiącego na amnezję. Nie znajdziecie tu sensacji i efektów rodem z “Tożsamości Bourne’a”, ale raczej powolne, pozbawione jednoznaczności dochodzenie do prawdy, przypominające klimatem powieści Patricii Highsmith. Całość w ogóle świetnie wpisałaby się w dawne kino, na przykład z lat 70., nawet fryzura głównego bohatera jakby wycięta z tamtej epoki. Nic - łącznie z obrazem Wrocławia - nie wygląda nowocześnie i postępowo, w związku z tym łatwo ulec wrażeniu, że film naprawdę wyprodukowano dawno temu. To jednak żaden zarzut. Zobaczcie to na własne oczy, nie pożałujecie. Na koniec dodam, że “Enen” mógłby się spodobać nawet Krzysztofowi Vardze, którego potyczki z polskim przemysłem filmowym opisywane w “Dużym Formacie” są mi bardzo bliskie. Po zakończonym seansie może nie będzie chciał brać z nim rozwodu, a co najwyżej separację.


