Posts tagged: Anna Wintour

Na okładce

Oczywiście jestem świadoma istnienia przysłowia “Don’t judge a book by its cover”, ale według mnie odnosi się ono głównie do literatury, a nie prasy popularnej, której okładki mają nas wabić do wydania kilku - kilkunastu złotych na jej zawartość. Dodając do tego fakt, że ostatnio oglądam prawie wyłącznie okładki, bo na nic więcej nie znajduję czasu chętnie podzielę się swoimi spostrzeżeniami w tej materii.

1) “VOGUE” edycja amerykańska

Pamiętacie jeszcze musical “Chicago”? Dostał zdaje się parę Oscarów i podobno był niezłym filmem. Trudno mi oceniać, bo nie widziałam. Moje podejście do musicali jest podobne jak do opery: nie słucham i nie oglądam. Oczywiście próby były. Do dziś wspominam kulturalne wyjście do Opery Śląskiej w Bytomiu kilka lat temu, które skończyło się po pierwszym akcie wizytą w popularnym fast-foodzie. Wtedy zrozumiałam, co miał na myśli Woody Allen w swoim mocno eksploatowanym cytacie z “Tajemnicy Morderstwa na Manhattanie”, o tym, że jak słyszy Wagnera to ma ochotę najechać na Polskę. A wracając do meritum… Reżyser “Chicago” - Rob Marshall nakręcił nowy film z gatunku - uwaga! - musical. Nazwał go po prostu “Nine”. Tym razem w rolach głównych bohaterki listopadowej okładki “Vogue”. Cóż, już na pierwszy rzut oka widać, że zarobi miliony.

vogue11

Fot. Annie Lebovitz

Wiem, że za 60% efektu tej okładki odpowiada photoshop, ale i tak powstało małe, fotograficzne dzieło sztuki. A w środku jest jeszcze lepiej. Coraz więcej się pisze, że amerykańska edycja “Vogue” jest sztywna, nudna i nie radzi sobie w kryzysie. Zamiast osobistego komentarza od razu przychodzi mi na myśl fragment książki Douglasa Couplanda “Poddani Microsoftu”, w której jeden z bohaterów oceniał poczynania koncernu Apple kontra Microsoft. Przy tym ostatnim napisał tak: “Mało dobrych pomysłów, dużo solidnej roboty”. I to jest chyba sedno sprawy.

2) “TAKE ME”

W niedzielę odwiedzałam EMPiK i od razu wpadła mi w oko okładka czegoś, co nazywa się “Take Me”. Nie zastanawiając się długo odpowiedziałam na tytuł i “I took it home”. Po przekartkowaniu okazało się, że to debiutancki numer polskiej inicjatywy artystycznego “open source”. W skrócie - wszystko co znajduje się wewnątrz magazynu możecie skopiować ze strony internetowej projektu i wykorzystać na dowolnym nośniku zupełnie za darmo, zamieszczając jedynie imię i nazwisko twórcy. Pomysł ciekawy i nowatorski, tylko po co wydawać 14 złotych na drukowaną wersję? Nie wiem i na pewno po raz drugi nie wyciągnę pieniędzy z portfela, bo to frajerstwo. Ale okładka fajna.

takeme

Zgodnie z zasadami zamieszczam dane fotografa. Fot. Igor Drozdowski

3. “ELLE” - edycja polska

Ostatnio chwaliłam pomysł jubileuszowej okładki miesięcznika “Pani” z Krystyną Jandą. Dla równowagi teraz kilka słów krytyki pod adresem innego miesięcznika z półki luksusowych. Na 15-lecie swojego istnienia “Elle” postanowiło zatrudnić Basię Milewicz- modelkę, którą wykorzystało do okładkowej sesji przy okazji premierowego numeru. I nic w tym złego, bo nadal pięknie wygląda i bosko wychodzi na zdjęciach. Nie rozumiem tylko, dlaczego zdecydowano się ją nieładnie wkleić na złote tło? Wygląda strasznie nienaturalnie. Wiem, że złoto to taki kolor, który od razu krzyczy “patrzcie, to nasz numer specjalny”! Ale po “Elle” spodziewałabym się czegoś mniej sztampowego i lepiej wykonanego. Może czas iść na lekcję fajnej okładki do “Vivy’? W zeszłym miesiącu 30-te urodziny obchodził niemiecki “Vogue” i oni też w jednej wersji postawili na złoto, ale jakoś to lepiej wyglądało.

elle

Okładki jubileuszowego niemieckiego “Vogue”

vogue-301

Dla mody, dla pieniędzy, dla przetrwania

vogue0909

Czy ktoś jeszcze czyta “Vogue”? Z pewnością tak. Raczej żadnej z edycji: amerykańskiej, włoskiej czy brytyjskiej nie można już nazwać “wyrocznią” czy “must-read” dla wszytskich określających siebie mianem “trendy”, ale nadal znika z półek. Przynajmniej w śląskich EMPiKach. Najbardziej soczyste wydanie, pełne nowych pomysłów, sesji zdjęciowych, wydanych na kampanie reklamowe dolarów, funtów, euro zwykle ukazywało się we wrześniu. Na ogół posiadało obfite kształty i określoną wagę, którą w standardach prasowych z pewnością opisanoby w kategorii “puszystych” lub wręcz do odchudzenia.

Vogue0907

Pamiętam słynną okładkę z 2007 roku z Sarah Jessica Parker, a pod nią ponad 800 stron lepszego świata z metakmi, kolorami, wygładzoną rzeczywistością i aurą de lux na wyciągniecie ręki. Strona po stronie, reklama po reklamie, zdcięcie po zdjęciu, stylizacja po stylizacji zapominało się o czymś takim jak ekonomiczny rozsądek i odpowiedzi na podstawowe pytania: “po co mi to”. Nikt nie używał czasownika “oszczędzać”, a zwrot “best beauty buy” odnosił się do kremu, którego super skomplikoway skład wyceniono na co najmniej 400 dolarów. Co z tego zostało po krachu 2008/2009? Całkiem sporo. Duma, ceny, milionowe kontrakty, przerysowane potrzeby i szpilki Manolo Blahnika, jako najbardziej pożądane buty świata. “Statement bags”, celebryci, redaktorzy naczelni, i Kate Moss. Nowością, jaka pojawiła się dość niespodziewanie - jako bezpłatny dodatek do każdej edycji - okazał się stres. Tym razem w nowej definicji, nie jako dylemat w stylu: “który kolor marynarki Chanel wybrać do sesji w pierwszej kolejnosci”, ale jako postępujący odpływ przychodów spowodowanych ucieczką reklamodawców. Skutkiem tego w pierwszej kolejności okazało się radykalne odchudzenie, nie tylko kadrowe, ale i stronnicowe. Po raz pierwszy od dłuższego czasu na łamach tego pisma zaczęto używać słowa “kryzys” i namawiać do oszczędności! Oczywiście na swój, “vogue’owy”, wyrafinowany sposób… (kup jedną, porządną, białą bluzkę Chanel za 1000 euro zamiast 10 tańszych, gorszej jakości). Nawet Anna Wintour poświęciła swój wstępniak tematowi finansowej zapaści. Finałem kryzysowej akcji jest “Noc Zakupów”, która odbędzie się 10 września w największych miastach świata, tam gdzie swoje siedziby mają również redakcje modowego klasyka. Paryż, Berlin, Londyn, Nowy Jork, Ateny, itd. Specjalne eventy, szampan, styliści, przemiany, pokazy, a przede wszystkim “shopping”. W przygotowanej specjalnie do tego celu witrynie mówi się wprost “Jeśli nie przyjdziecie na zakupy, wielu ludzi straci pracę”. Może to i słuszna uwaga, choć w przypadku osób, które już nie mają z czego żyć albo ich przychody stały się mocno ograniczone nowa para butów, nawet z przeceny, to już luksus rodem z “Vogue”, przeznaczony tylko do oglądania. Nie zdziwi mnie, gdy spora część weźmie sobie do serca porady z zimowej komedii “Wyznania Zakupoholiczki”: “wcale tego nie potrzebuję i mój portfel pozostaje zamknięty”. Zauważyłam jeszcze coś. Pomimo tego, że akcja ma na celu nie tyle promocję mody jako zjawiska co sprzedaż i podreperowanie budżetów odzieżowo-kosmetycznych imperiów “Vogue’ do końca trzyma klasę umieszczając na plakatach komunikat “global celebration of fashion”. Ale wiadomo, to tylko opakowanie cukierka. Ich konsumpcja to zwykle “pięc minut w usatch, a w biodrach na całe życie”. Po wszystkim zostaje tylko góra pustych papierków i wyrzuty sumienia.

Noc Zakupów

WordPress Themes | updated by GTK.PL