Obiecałem, obiecuję, obiecam
Po raz pierwszy o cichej wojnie na słowa i obietnice pomiędzy koncernem Apple a imperium Billa Gates’a przeczytałam w “Poddanych Microsoftu” Douglasa Couplanda. Jeden z bohaterów książki w zabawny sposób po kolei wyliczał i grupował plusy i minusy pracy oraz produktów obu korporacji, biorąc pod uwagę nawet takie niuanse jak plakietki identyfikujące pracowników. Wtedy (jakieś 15 lat temu) wspomniane opisy traktowałam wyłącznie w wymiarze literackiej fikcji i zabawnej wycieczki w rejony zupełnie dla mnie obcego odłamu rzeczywistości. Komputer kojarzył mi się z nowoczesnym narzędziem, używanym do różnych rozrywek, a moim rodzicom - zgodnie z ówczesnym dziennikarskim przekazem - z genialnym wynalazkiem, który na pewno pozytywnie wpłynie na rozwój mojej edukacji. Ani oni, ani tym bardziej ja, nie zdawaliśmy sobie sprawy, że gdzieś tam daleko już toczy się walka o “rząd dusz” wiernych wyznawców i zwolenników obu marek.
Ale dziś to już zupełnie inna sprawa. Popularne słowa “apple” i “windows” nabrały nowego wymiaru i kojarzą się jednoznacznie z gigantami świata elektronicznego, a logotypy ich macierzystych korporacji na pewno nie zostaną pomylone z firmą sadowniczą czy monterską. Przekazy reklamowe komunikujące preferowany styl życia użytkowników oraz cechy użytkowe i kontekst wykorzystania samych produktów stały się głównym narzędziem walki o niezdecydowanego konsumenta. I tak Apple postanowiło pokazać za pośrednictwem umiarkowanie śmiesznych scenek, jakie to “jabłuszko” jest sprytne, sympatyczne, piękne i cool w zderzeniu z ociężałym, nudnym i gamoniowatym PC. Po paru próbkach od razu było wiadomo, któremu z nich uda się poderwać brazylijską modelkę Gisele Bundchen. Microsoft podjął wyzwanie i odpowiedział serią spotów, pokazujących, iż nie ma się czego wstydzić będąc PC, że to też całkiem fajni ludzie, na dodatek tacy, którzy umieją dobrze liczyć i ekonomicznie myśleć, kupując to samo za mniej.
Finału marketingowej walki obu koncernów jeszcze nie było i pewnie długo na niego poczekamy. Póki co Apple - korzystając z okazji wprowadzenia na rynek nowego systemu operacyjnego Windows 7 - rzuciło w stronę Microsoftu reklamowy ogryzek z wygryzionym napisem “Broken Promises”. Czy trafiło celnie okaże się za jakiś czas.
1 komentarz
Other Links to this Post
Kanał RSS z komentarzami do tego wpisu. TrackBack URI


By Parafka, 27 Październik 2009 @ 2:51 PM
Poruszasz ciekawy temat. Smutne jest to, że nie dalej jak 15 lat temu, obie te firmy: Microsoft i Apple, tworzyły narzędzia niezwykłe jak na tamte czasy. Obecnie mam wrażenie, że każdy nowy produkt sprawdza się w ich wydaniu do przypominienia o marce oraz na udowodnieniu zarówno konsumentom jak i konkurentowi, że są i SĄ LEPSI.
Nie sztuką jest wciskać dane oprogramowanie do wszystkich nowosprzedawanych laptopów, jak ma to miejsce obecnie. Wtedy nagle statystyki twierdzą ile to sprzedano nowej Visty czy innnego systemu.
Skoro nie masz wyjścia, to i tak kupisz,… najwyżej można później kombinować z degradowaniem do XP (tak jak ja to zrobiłam;).
Wydaje mi się, że obecna walka między A a M jest tak naprawdę sztuką dla sztuki…