Be Happy, buy iPhone!
Po czym Nowojorczyk może rozpoznać przybysza z poza granic swojego miasta? Po posiadanym telefonie. Ponoć sami używają tylko Blackberry i iPhone’ów. Jak trafi się jakaś jednostka z Nokią, Sony Ericssonem czy innym Samsungiem to wiadomo, że jest z innej planety. Nieważne czy z Teksasu, czy z Europy. Na pewno nie z Manhattanu. Nawet popularna za oceanem Motorola nie ma tam czego szukać. Mieszkańcy wielkiego jabłka od momentu wyjścia z domu do przekroczenia progu miejsca pracy zwykle zdążą już ściągnąć z pięć nowych kawałków z iTunes’ów, przeczytać wirtualnego “New York Times’a”, napisać kilkanaście maili, poplotkować na portalu Gawker.com i ewentualnie wypić latte ze Starbucksa. A wszystko za pośrednictwem jednego urządzenia, no może za wyjątkiem wypicia kawy. Choć kto wie, aplikacje potrafią już spełnić niemal każdą fanaberię.
Do niedawna technologiczne rozwiązania zawarte w komórkach były mi obce i dalekie jak literatura Paulo Coelho. Ale wiadomo, postęp, snobizm i reklama robi swoje, dlatego postanowiłam sprawdzić na własnej skórze i portfelu o co w tym chodzi. Nawet nie trzeba było się specjalnie do tego przygotowywać. Po prostu wystarczyło wysłać wysłużonego Sony Ericssona na emeryturę, złożyć kilka podpisów pod paroma linijkami drobnego tekstu, wpłacić określoną kwotę i - tah-dah - stać się posiadaczem przedmiotu pożądania. Początki naszej znajomości nie były łatwe. Zanim doszłam do tego, jak zaaplikować do niego kartę sim zeszło mi dobre 15 minut. Od razu się przyznam, że byłam zbyt leniwa, by szukać rozwiązania problemu na internetowych forach czy - o zgrozo - w instrukcji obsługi. Po prostu tradycyjnie wybłagałam męską pomoc. Dalej poszło już z górki. Wszystko działa na tyle intuicyjnie, że nawet taki laik jak ja rozgryzł całość w dość krótkim czasie. Dotykowy ekran, który budził obawy ze względu na chaos, jaki zwykle infekuje moje dłonie kiedy wejdą w kontakt z jakąś elektroniką, dał się opanować i oswoić. Ale prawdziwa radość i szaleństwo zaczyna się w momencie odkrycia nieskończonej ilości programów, jakie możecie ściągnąć na swoje jabłuszko. Zorganizują pracę, przeliczą wydatki, ubiorą, dowiozą i zapewnią nieustającą rozrywkę. O muzyce już nawet nie wspominam, bo pękate zasoby iTunes’ów są powszechnie znane. Na dodatek fajnie wygląda i w przeciwieństwie do innych multimedialnych wynalazków jest po prostu ładny, sprawiając wrażenie porządnie wykonanego. Choć nie ma się co oszukiwać - made in China. Jednym zdaniem, gdyby Bóg chciał sobie kupić telefon, wybrałby iPhone’a. Nawet jakby miał dosyć ludzkości, bo przecież codziennie ostro go wkurza, to zająłby swój czas przez najbliższe kilka lat testując po kolei jego możliwości. No i zdobyłby pomocne narzędzie do tropienia grzeszników. Dawno żaden przedmiot nie sprawił mi tyle frajdy. Jasne, zdaję sobie sprawę, że ten post to nic innego jak marketing szeptany, ale mogę was zapewnić, że nikt mi za niego nie płaci. Obiecuję również, że jeśli za kilka dni telefoniczne jabłko się zmieni w ogryzek to na pewno o tym doniosę. Ponadto polecam - przy okazji - obejrzenie parodii spotu reklamowego Apple z serii “There’s an app for that”.
Brak komentarzy
Brak komentarzy.
Kanał RSS z komentarzami do tego wpisu. TrackBack URI

