O końcu,wojnie, detektywach i jednym idolu

Ponieważ dziś czeka mnie bardzo długa podróż, a zwykle właśnie przed takimi cierpię na bezsenność przez noc udało mi się przeczytać sporą ilość zaległej prasy. Wiem, że w dzisiejszych czasach do zakupu papierowych odsłon popularnych tygodników, miesięczników czy kwartalników lepiej się nie przyznawać. Takie to nieekologiczne barbarzyństwo… Pewnie przez lata solidnie przyczyniłam się do niejednej wycinki lasu. A mam na myśli tylko polskie tytuły, bo gdyby dodać zagraniczne, na które od czasu do czasu lekką ręką wydaję xdziesiąt złotych miesięcznie, to naprawdę wstyd. Ale wracając do meritum i prawdziwego celu czytania prasy - czyli do zawartości… Ostatecznie lepiej napisać po co się kupuje gazety. Nie jest to takie oczywiste. Na przykład jeden z darmowych tygodników w moim mieście po przeprowadzeniu badań metodą obserwacji uczestniczącej połączonej z wywiadem dowiedział się, że jego treść większość ma w nosie. Bo w te zadrukowane kartki zawija kanapki, używa do rozpałki lub ewentualnie innych celów, o których nie będę wspominać. Ale do rzeczy. Otóż, po przeglądnięciu działów ekonomiczno - politycznych powiem krótko: nie jest dobrze. Recesja, kryzys, polityczne przepychanki głupich i glupszych, doprawione solidną dawką straszenia. Plajtują wszyscy. Od małych po dużych. Upadają nawet Ci, którzy jeszcze całkiem niedawno byli wskazywani jako przykłady do naśladowania, biznesmeni roku, dekady, a nawet stulecia. I co? Pstro. Jak widać to, że się prężyło muskuły we wrześniu, nie oznacza, że w maju nie sflaczejemy… Zostawmy jednak ten temat. Jakiś taki smutny i poważny. A przecież nie tylko o takich się pisze… Bo mówi sie już wylącznie o nich.

Otóż, na ekrany kin wchodzi dziś fimowa wersja “Wojny Polsko - Ruskiej”. W telewizji twierdzą, że zmieni oblicze polskiego kina. Mam nadzieję. Bo po ostatniej solidnej dawce większych i mniejszych gniotów jakaś transformacja się przyda. Niestety “Tatarak” mnie nie zachwycił, polskie komedie już dawno przestały być śmieszne, a sensacji to prawie nie kręcimy wcale. Ale ta “Wojna” to może być coś. Nawet Tadeusz Sobolewski we wczorajszej “Wyborczej” napisał pozytywną recenzję. W ogóle w polskiej prasie wszyscy zgodnym chórem kiwają głową na “tak”. Ciekawe czy film naprawdę widzieli, czy tylko wzajemnie się kopiują… Pożyjemy, zobaczymy i na pewno podzielimy się opinią. Poza tym z działu kino również niepokojące wieści. Jak pisze “Tygodnik Forum” autorskie kino wkrótce czeka zagłada. Zresztą nie dotyczy to tylko filmów, ale również wszystkich imprez towarzyszących, między innymi festiwalu w Cannes. Nie wystraczy bowiem otrzymanie Złotej Palmy, Lwa, Kaczki czy innej rośliny lub zwierzęcia, by obraz zarobił pieniądze i spodobał się masowej publiczności. Większość ziemskiej populacji kręci nosem na coś, co ma w sobie kilka dłuższych dialogów, parę obco brzmiących wyrazów i jakiegoś podejrzanego, nieznanego Europejczyka lub co gorsza Azjatę ze reżysera. Dlatego coraz mniej śmiałków chce wykładać pieniądze na stół na takie ekstrawagancje. Lepiej zatem śledzić kolejne odsłony berlińsko - canneńsko - weneckiego cyrku, bo chylą sie ku upadkowi i nie wiadomo czy za dwa lata nie pozostaną tylko mglistym wsopmnieniem. Podobnie jak film pelnometrażowy w ogóle. Ludzie się spieszą i mało kto ma czas na obejrzenie 90 minut czegokolwiek, a co dopiero jakiejś dłużyzny podpisanej nazwiskiem Larsa von Triera, ze skaczącym obrazem i ludźmi, którzy mówią w jakimś śmiesznym języku. Wie to Guy Ritchie. Autor jednego dobrego filmu, a bardziej znany jako porzucony mąż Madonny. Kręci teraz w Hollywood, a właściwie “dokręca” biografię jednego z najbardziej popularnych detektywów w historii. Nie, nie Herculesa Poirot. Ale tego pretensjonalnego Anglika, który miał spiczastą brodę, fajkę, kraciasty płaszcz, ciągle dedukował, choć jak wolą inni indukował i wchodził w niejasne stosunki z niejakim Watsonem. “Sherlock Holmes”. W rolach głównych występują Robert Downey Jr i Jude Law. Ten ostatni nie wygląda w tym obrazie jak amant, więc panie się zawiodą. Zwiastun jest obiecujący, ale całość nie spodobała się wlaścicielom studia i producentom do tego stopnia, że Ritchie zamiast odcinać kupony od swojego sukcesu jest zmuszony zrobić część filmu od nowa. Czy dał radę zobaczymy na gwiazdkę. Ale już w trailerze widać wpływy “Iron Man”, “Podziemnego Kręgu”, “Piratów z Karaibów” i “Moulin Rouge”.

Jednak największe wrażenia pośród przeczytanych osobowości i wydarzeń zrobił na mnie Jimmy Kimmel. Postać mało u nas znana, ale za wielką wodą to prawdziwie telewizyjny idol. Prowadzi nocny talk-show, gdzie zaprasza gwiazdy różnego formatu i stara się zadawać im “arcyciekawe” pytania, na które oni udzielają “arcyciekawych” odpowiedzi. Nie o artyzm tu jednak chodzi, więc zostawmy to. Otóż, właśnie on miał swoje 5 minut prawdy podczas specjalnej prezentacji słupków oglądalności oraz jesiennej ramówki stacji ABC dla dużych agencji reklamowych i innych finansowych sponsorów. W pewnym momencie wstał i powiedział: “Każdego roku was okłamujemy, a wy w kolejnym przychodzicie po więcej. Nie potrzebujecie prezentacji, tylko terapii”. I moje ulubione: W następnym roku w serialu “Chirurdzy” wasz produkt może zabić Dr Izzie. Wszystko zależy od tego ile chcecie zapłacić”. Amerykańska prasa przedstawiła całe wydarzenie jako przebłysk - moment w stylu Jerry Macguire’a. (Pamiętacie? Grał go Tom Cruise) Mam jednak spore wątpliwości co do tego faktu. Po prostu macierzysta stacja Kimmela już wcześniej zapowiadała, że być może zakończy produkcję jego show. Więc to bardziej frustracja, zniechęcenie i kilka słów na do widzenia. No właśnie mówiąc o tym… strasznie się rozpisałam. Do widzenia Państwu.

Brak komentarzy

Brak komentarzy.

Kanał RSS z komentarzami do tego wpisu. TrackBack URI

Dodaj komentarz

WordPress Themes | updated by GTK.PL