Made in…

"Wojna polsko-ruska"

Tak to jest jak się wyjeżdża w podróże zagraniczne. Pewne wydarzenia można komentować już tylko z bardzo dużym opóźnieniem. A jak w grę wchodzi premiera kinowa, to już w ogóle bez sensu. Bo pewnie od czasu gdy zaczęto wyświetlać “Wojnę polsko-ruską”, w licznych multipleksach i garstce kin studyjnych pokazało się co najmniej z 10 nowych tytułów. Nie wspomnę już o nielegalnym obiegu, gdzie nie ma kas, biletów, a jedynym ograniczeniem w dostępie do obrazkowej kultury staje się pojemność dysku. Ale do rzeczy. Otóż po dwóch próbach zobaczenia dzieła Xawerego Żuławskiego zakończonych fiaskiem nareszcie się udało. A nie było łatwo. Po pierwsze ten plakat. Nie tylko faktycznie przypominał “Trainspotting”, ale w pewnym sensie od razu narzucał określony punkt widzenia na coś, czego się przecież nie obejrzało. Po drugie, na wakacjach po raz kolejny przebrnęłam przez powieść Masłowskiej i zastanawiałam się jak to w ogóle można było sfilmować. Po trzecie, znajomi którzy film widzieli pisali, że przyzwoicie zrobiony, świetny montaż, zdjęcia, jak na polskie standardy to rewelacja, ale po wyjściu z kina nic nie zostaje. Ot, taka rozrywka na 90 minut z hakiem, a po wszystkim zaczynasz się zastanawiać: “Zaraz, zaraz… o czym to było?”. Po zobaczeniu całości moja opinia to: pozytywne zaskoczenie.

Jak pierwsze spotkanie z osobą, o której nie mieliśmy najlepszego zdania a po godzinie rozmowy już prawie jesteśmy kumplami. Albo inaczej. Śmiało mogę i nie wstydzę się napisać, że filmowa wersja “Wojny polsko - ruskiej” to rzadki we współczesnym, rodzimym kinie przykład niezmarnowania taśmy filmowej. Zacznijmy od aktorów. Chyba nie ma tutaj słabego ogniwa. Borys Szyc w roli Silnego sprawdza się znakomicie. Spokojnie mógłby dostać Lwa, Palmę, Kaczkę lub inną odmianę fauny lub flory i nikt nie mógłby protestować. Dynamiczny język powieści nie uległ filmowej degradacji i w obrazie Żuławskiego został sprawnie przełożony na dialogi. Pewnie wkrótce spora ich część znajdzie się w obiegu polskiej mowy współczesnej. Może nie jako dzwonki na komórki, ale luźne wstawki w potocznej paplaninie. Produkcja i montaż rodem z teledysków. Wszystko posuwa się do przodu w szybkim tempie, bez mielizn, dłużyzn i przegadania. Sceny demolki prawie jak u Tarantino. No i dźwięk. Warto poświęcić mu nieco więcej uwagi, bo nie wiem czy zauważyliście, ale w filmach “Made in Poland” często trudno usłyszeć, co dany aktor komunikuje. A tutaj nawet bez problemu da się zrozumieć mówiącą dość niewyraźnie Dorotę Masłowską. O fabule nie będę pisać, bo kto czytał ten wie, kto widział ten widział, a pozostali być może wolą przekonać się osobiście. Podsumowując “Wojna polsko-ruska” to produkt dalece inny od tego, pod czym zwykle podpisują się rodzimi reżyserzy. Dlatego warto szturmować kina. Jak odniesie zadowalający producentów sukces kasowy, to być może w kolejnym roku zobaczymy następny fajny film, kosztem jakiegoś romantycznego gniota z serialową obsadą w tle. A plakatem nie ma się co przejmować. Specjalnie wklejam inny, aby nic nie sugerować. No prawie. Bo chętnie obejrzałabym “Wojnę” jeszcze raz, ale w odsłonie komiksowej. Może ktoś podejmie to wyzwanie.

Brak komentarzy

Brak komentarzy.

Kanał RSS z komentarzami do tego wpisu. TrackBack URI

Dodaj komentarz

WordPress Themes | updated by GTK.PL