Tym, którzy zostają w domu i mają to gdzieś życzę, aby program telewizyjny nie spowodował próchnicy od nadmiaru słodkości, jaka wyleje się dziś z ekranu. Pozostałym - dobrej zabawy, nawet jeśli w kolejkach, zatłoczonym kinie, na zakupach i w oczekiwaniu na stolik w restauracji.
Eric Clapton reklamuje nowy telefon komórkowy marki HTC z limitowanej serii Fender T-Mobile Edition. Zanim padną zarzuty o to, że i “on się sprzedał” warto pamiętać, że zrobił to już dawno. Jakieś 20 lat temu wystąpił w spocie piwa i jednego z modeli Hondy. Pomimo tego, że wtedy był młodszy, popularniejszy i nagrywał lepsze piosenki teraz też prezentuje się nie najgorzej. On i jego telefon, taki iPhone, tylko innej marki.
Szczególnie ochoczo 14 lutego. Tego dnia restauratorzy odrabiają straty, producenci serduszkowych pluszaków zacierają ręce, kwiaciarnie zamieniają się w “różogród”, a w kinach z ekranów sączy się romantyczny repertuar. No i poczta polska raz do roku przynosi dobre wiadomości do naszych skrzynek. Całkiem sympatyczne święto, które skutecznie wyciąga pieniądze z portfela pomiędzy Bożym Narodzeniem a Wielkanocą, no i natrętnie przypomina, że warto kochać, nawet jeśli tylko raz w roku.
Niektórzy mają do niego dość ciekawy stosunek. Ironiczny, żartobliwy i łatwy do odczytania. Na przykład Multikino, poprzez sponsora walentynkowego maratonu filmowego od razu pokazuje gdzie ma to święto. Nie wiem, czy sympatyczny labrador chciałby to miejsce odwiedzać, ale zawsze to jakieś nowe spojrzenie. Ciekawe tylko, czy chodzi o gówniany repertuar czy zasrane pieniądze, jakie z tego uda się wyciągnąć od szczęśliwie zakochanych nie tylko w kinie.
DOBRA RADA
Panie i Panowie, uważajcie na film “Leap Year”! (W Polsce występuje pod tytułem “Oświadczyny po irlandzku”). Irlandia, piękne krajobrazy, całkiem przystojny Matthew Goode, ale w tle te zaręczyny. Jeżeli nie chcecie swojemu partnerowi lub partnerce przekazać sygnału, że już najwyższy czas na ten krok, w “Walentynki” omijajcie ten tytuł szerokim łukiem.
W oczekiwaniu na ostatni sezon “Lost” przeczytałam “Zaginiony Symbol” Dana Browna. I co? I nic. W skrócie można powiedzieć, że to całkiem fajna książka, która z pewnością spodobałaby się słynnemu inżynierowi Mamoniowi. Wiadomo lubił coś, co już raz słyszał. Z tą książką jest podobnie, czytaniu towarzyszy nieodparte wrażenie, że już mieliśmy z nią do czynienia. Gdzie? W innej, czy raczej innych powieściach tego autora.
Czarny charakter
Duży i groźny jak Sylas z “Kodu Leonarda da Vinci”. I podobnie jak on pozbawiony jakichkolwiek uczuć i skrupułów.
Zagadka
Zamknięta w Biblii, dziełach sztuki, tajnych symbolach masonerii, rytuałach, podziemnych przejściach i słynnych zabytkach. Po raz kolejny miliony osób prześledzą prace Albrechta Durera i będą spacerować śladami Langdona w Waszyngtonie. Tajemnica na tyle intrygująca, że naprawdę ciężko odłożyć “Zaginiony Symbol” na półkę.
Kobieta
Jak najbardziej jest.
Gotowy scenariusz
Kiedy będzie z tego powstawać film scenarzysta nie będzie miał nic do roboty i żadnych wątpliwości. Wystarczy powycinać odpowiednie fragmenty, dodać product placement i gotowe.
Kiepski styl pisania
Nie chodzi tu wyłącznie o słownictwo, ale bardziej o sposób budowania zdań. No i dręczącą manierę przypominającą film “Skarb Narodów”, w której Langdon - wszystkowiedzący i oczytany naukowiec - od czasu do czasu reaguje szokiem na usłyszane rewelacje ze stałą puentą: “Wtedy wszystko stało się jasne”. Plus całkiem spora liczba zbędnych zdań, która przyczyniła się do niepotrzebnego pogrubienia całości. Ale… fabuła wynagradza te niedogodności.