Zdaje się mówić najnowsza kampania marki Żywiec. Szczególnie jeśli chodzi o namówienie bardzo ciekawych nazwisk do wzięcia w niej udziału. Najpierw Krzysztof Majchrzak, teraz Wojciech Waglewski. Fajnie. Wiem, że wielu osobom się to nie podoba, bo w naszym kraju jakoś tak w reklamie grać nie wypada, szczególnie jeśli się jest artystą przez duże “A”. Bywają jednak takie przekazy, których nie trzeba się wstydzić, Wojciech Mann w Liptonie czy Krystyna Janda w Eurobanku. W tym przypadku jest bardzo podobnie. Mam nadzieję, że Żywiec (a raczej agencja Just, w której spot przygotowano) przygotuje kolejną odsłonę. W końcu “najlepsze przed nami”.
Ostatnio czytałam, że w tym roku warto zwrócić uwagę na trzy wydarzenia, z których żadne - niestety - nie ma korzeni w naszym kraju. Jednym z nich jest prezentacja nowego wynalazku spod znaku Apple - tabletu, który wreszcie ma swoją nazwę własną, iPad. Pomyślałam, że to bardzo dobra okazja, by napisać parę zdań właśnie o tej firmie, ale z polskiej perspektywy.
Otóż, czytelnicy tego bloga pewnie wiedzą, że ochoczo korzystam ze sprzętu właśnie tej marki. Napisałam to kilka razy i naprawdę nikt mi za to nie zapłacił. Uważałam i nadal uważam, że sadownicza rodzina charakteryzuje się fajnym designem, prostą obsługą, szybkim działaniem i innowacyjnymi rozwiązaniami. Złośliwie mogłabym dodać, że również wysoką ceną, ale po co, skoro znajdują się chętni by wysupłać ze swoich oszczędności kilka tysięcy na małe co nieco ze świecącym jabłuszkiem. Wszystko pięknie i niemal różowo, ale tylko do czasu, kiedy działa bez zarzutu. Wystarczy jedna, drobna usterka, by cały wizerunek soczystych i zdrowych owoców zamienił się w gnijący ogryzek. Wiem, co mówię. Mój komputer przeleżał w serwisie ponad miesiąc. Dopiero po fakcie przeczytałam na licznych forach, że bardziej opłacało się wsiąść w samolot, pojechać do Anglii, tam naprawić lub wymienić na nowy i wrócić. Dlaczego? Po pierwsze jest szansa, że diagnoza usterki nastąpiłaby w pierwszym tygodniu od daty dostarczenia wadliwego egzemplarza, po drugie, że ta diagnoza byłaby słuszna, po trzecie, że po 14 dniach miałabym komputer w swoich rękach. Nie wspomnę już o krajowej infolinii, której już lepiej żeby wcale nie było, bo raczej dezinformuje zamiast informować. Po raz kolejny przykro było się przekonać, że niektóre korporacje traktują nasz kraj jak rynek piątej kategorii, gdzie kupić można szybko i bezboleśnie, ale korzystać z gwarancji po prostu nie wypada.
W międzyczasie, gdybym miała na czym, to napisałabym, że:
1. “Avatar” wcale mi się nie podobał. Efekty - jasna sprawa, ale za to scenariusz się posypał. Rozumiem jednak dlaczego otrzymał Złotego Globa. Po prostu “na globie” dobrze się sprzedał, a czasem należy nagradzać kasowe produkcje, by pokazać, że Hollywood ma się naprawdę dobrze.
2. Grupa Delphic ma fajny teledysk do wcale nie tak świetnego kawałka “Doubt”
3. “Contra” Vampire Weekend jest - jak dla mnie - mniej dynamiczna niż pierwszy album. Podobają mi się utwory “Diplomat’s son” i “I Think Ur A Contra”. Na stronie internetowej MTV można za to obejrzeć koncert “Vampire Weekend Unplugged”.
4. “Sherlock Holmes” - Robert Downey Jr okazał się idealnym kandydatem do zagrania detektywa w czasach, gdy wszyscy zachwycamy się Dr House’em.
5. Jedna z fajniejszych kampanii do walki z AIDS promująca używanie prezerwatyw. Za kreację odpowiada agencja TBWA Paris.
——————————–
WNIOSKI: Jabłka w Polsce są fajne, pod warunkiem, że są świeże i nie mają żadnych skaz. Kiedy traficie na wadliwy egzemplarz, uzbrójcie się w cierpliwość, bo zanim dostaniecie jednostkę zdatną do ponownego spożycia nabawicie się rozstroju żołądka i nadkwasoty.
UWAGA!
Przysłowie “Two apples a day and keep the doctor away” sprawdza się wyłącznie w kategoriach owoców jadanych.
Nie jestem pewna, czy na dobre zakończono podsumowywanie list najlepszych płyt minionego roku, a już pojawiły się rankingi, w których można wybrać ulubioną nową gwiazdę 2010. Przoduje w nich stacja MTV, która - jak wiadomo - bardzo lubi różnego rodzaju klasyfikacje. Nie inaczej jest i tym razem. Do wyboru: Marina and The Diamonds, Tinie Tempah, Drake, Delphic, Ke$ha, The Drums, Justin Bieber, Owl City, Rox i Ellie Goulding.
Nie wiedziałam kto to jest Justin Bieber. I wiecie co… lepiej było pozostać w tej niewiedzy.
Nowy Rok zaczął się 13 dni temu i w większości przypadków każdy dokonał podsumowania swoich i cudzych osiągnięć za ostatnie 365 dni. Ja jeszcze nie. To znaczy o sobie nie zapomniałam, ale ponieważ mam na koncie zarówno rzeczy dobre, jak i wyjątkowo niechlubne nie zamierzam się nimi specjalnie chwalić. W skrócie, jak zwykle mogłoby być lepiej… Nie stałam się kimś wyjątkowym, nie napisałam bestsellera, nie wygrałam w Lotto, nie rzuciłam pracy, nie pomyślałam o dodatkowym ubezpieczeniu emerytalnym, nie poczyniłam żadnych postanowień, nie przeczytałam połowy książek, które kupiłam, nie wywiązałam się z wszystkich obietnic i na pewno zawiodłam kilka osób. Ale poza tym to był całkiem dobry rok. Oczywiście nie tylko dla mnie, dla innych również. O nich więcej poniżej.
NAJFAJNIEJSZA PŁYTA
THE XX
Wybór dokonany na podstawie wskaźnika częstotliwości odtwarzań. Przy ich muzyce potrafię pracować, czytać, kręcić się w kółko, patrzeć w sufit, spać, chodzić i po prostu nic nie robić. Wprowadza dziwny nastrój, z jednej strony smutku, z drugiej spokoju. Z całego albumu najbardziej lubię “Intro”, które właściwie składa się z samej muzyki, bez śpiewania. Dalej “Islands”, “Shelter” i “Crystalised”. Ostatnio zespół koncertował w Kanadzie i Stanach supportując Friendly Fires. Mam nadzieję, że chociaż jeden z polskich festiwali zaprosi The XX na koncert w naszym kraju. Najlepiej górnośląski Ars Cameralis fundując słuchaczom mały, skromny, klubowy show w “Hipnozie”.
NAJLEPSZA PIOSENKA
Powinnam wybrać jedną, ale nie potrafię zdecydować, tak więc:
Gdyby nie The XX, to Kings Of Convenience byliby moim nr 1. Niby to wszystko takie proste, akustyczne, skromne, ale zarazem pełne uczuć i emocji. Tylko im to wychodzi tak fajnie.
FILM, KTÓRY WARTO MIEĆ NA DVD/BLUE - RAY
“Bękarty Wojny”
Akurat w tym przypadku nie trzeba się było długo zastanawiać. Inne “must-see” w roku 2009 mocno mnie rozczarowały. “Przerwane objęcia” Almodovara - nuda, “Biała wstążka” - hmm… Za to Tarantino błyszczy, podobnie jak Christoph Waltz w roli pułkownika Hansa Landy. Mam nadzieję, że teraz będzie grał częściej, bo to prawdziwe objawienie.
NAJLEPIEJ ZAINWESTOWANE PIENIĄDZE
Fado
To mój pies. Wcale nie taki słodki jak na zdjęciu. Prawdziwy wojownik, z małym wzrostem, ale za to sporym sprytem i rozumem. Dość głośno szczeka.
… no i iPhone
Te aplikacje… te gry… naprawdę, sporo radości, nawet dla gadżetofobów.(chyba nie ma takiego słowa)
NAJGORZEJ ZAINWESTOWANE PIENIĄDZE
1. Opłata na autostradzie A4 Katowice - Kraków
Bo to nie autostrada.
2. Bilet na film “Co jest grane?”
Nie wysiedziałam do końca. Film, o którym z pełnym przekonaniem można powiedzieć - bardzo, bardzo niedobry.
3. Studia podyplomowe na Akademii Ekonomicznej w Katowicach
Wydałam 3500 zł na coś, co mogłam mieć za 70 kupując dwa podręczniki.
4. Kolacja w gliwickim sushi barze “Arigato”
Ponoć sushi było dobre. Tylko to moje plebejskie podniebienie, bezwzględnie oddane lokalnym i sieciowym fast-food’om nie doceniło wyrafinowanego smaku.
NAJLEPSZE OKŁADKI W POLSKIEJ PRASIE W 2009 ROKU ROBIŁ…
“Exklusiv”. I niech robi je dalej. Na tle konkurencji wyróżnia się dość znacząco.
NAJLEPSZY SERIAL
To nadal “Mad Man”. Świetny scenariusz, doskonale dobrana obsada i niepowtarzalny klimat lat 60. widziany oczami pracowników agencji reklamowej. Bez słabego ogniwa.
GUILTY PLEASURE
JOHN MAYER
Spokojnie, nie śpiewam po nocach “Your Body Is A Wonderland”, nie wieszam sobie jego plakatów nad łóżkiem, ani nawet nie kupuję płyt. Za wyjątkiem albumu koncertowego “Where The Light Is”. Właśnie na tym wydawnictwie - poza natrętnym, wyjcowatym i odrobinę sentymentalnym zawodzeniem można znaleźć kilka naprawdę fajnych kompozycji, z dobrymi tekstami i muzyką. Trochę w stylu Eric’a Claptona. Podoba mi szczególnie “Gravity”, “Vultures” i “I Don’t Trust Myself”.
Uczciwie powinnam dopisać jeszcze torebki i ciastka francuskie ze śliwką, ale to pierwsze to inwestycja, a drugie substytut antydepresantów, więc się nie liczą.