Woodstock od kuchni

Zawsze boję się filmów, które w recenzjach dostają 5 gwiazdek i więcej albo nagrodę jakiegoś europejskiego festiwalu filmowego. Przypomina mi się wtedy Woody Allen ze swoim “Koniec z Hollywood”. Główny bohater kręcąc film traci wzrok, w Stanach odnosi klapę i dostaje pogróżki od widzów, a w Europie czerwony dywan, zachwyt krytyków oraz jakiś zwierzak w złocie na otarcie łez.

Na opiniach przeciętnych oglądających też polegać nie można. Wystarczy wejść na stronę Cinema City , by zobaczyć, że “Księżyc w Nowiu” oceniony przez ponad 11 000 widzów otrzymał średnią 4,7, a taki na przykład “Dom Zły” ledwie 3,9. Najczęściej pozostaje metoda chybił-trafił lub ewentualnie rzut monetą.

Jeśli jednak lubicie ryzyko i oglądając tego bloga wydaje Wam się, że macie podobny gust do piszącej, zachęcam do zobaczenia filmu “Zdobyć Woodstock”. Może nie jest to arcydzieło, które zdobędzie nominację do Oscara, ale i tak istnieje kilka solidnych powodów, by nie skreślać go z listy tegorocznych “must-see”. No i oczywiście zdroworozsądkowych prawd, które co jakiś czas jakiś bezczelny artysta z amerykańskim paszportem musi nam pokazać.

1. I Ty możesz zostać członkiem “Woodstock Nation”

Przynajmniej przez około 100 minut trwania filmu. Poczuć koczowniczego ducha wolnej miłości, prawdziwych hippisów i rewolucyjnych treści sączących się z haseł wypisanych na transparentach.

2. Coś nie powstaje z niczego

Myśląc “Woodstock” często w głowach widzimy imprezę masową na wielką skalę, stworzoną spontanicznie i gratis w zamian za trzy dni ekstra rozrywki z pozytywnym przesłaniem. Mało kto pamięta, że w grę wchodziły jednak pieniądze i ktoś chciał na tym zarobić.

3. Potrzeba matką wszystkiego

Nawet z dogorywającego letniska można zrobić dobrze prosperujący biznes, jeśli po rodzicach w spadku dostaliśmy operatywność i spryt.

4. Istniało coś przed Heineken Open’er.

5. Bierz życie jakim jest

Nie wszyscy odkryli na nowo swoją tożsamość, znaleźli drogę, jaką powinni iść dalej albo styl życia do wynajęcia. Po prostu, impreza się skończyła, została góra śmieci, błota i rachunków do zapłacenia.

6. Oni też czasem mieli przechlapane

A rodzice wcale nie byli bardziej tolerancyjni.

7. W latach 60. i 70. muzyka była lepsza

Podczas seansu nie do końca się o tym przekonacie, bo muzyki jest w nim bardzo mało. Ale mój tata zawsze powtarzał i powtarza to zdanie.

8. Czekajcie na swoją szansę

Drugiego Woodstock już raczej nie zorganizujecie, ale szczęście i pozytywne zmiany mogą przyjść w najmniej spodziewanym momencie.

Poza tym “Zdobyć Woodstock” to kolejna szansa zobaczenia fantastycznej aktorki - Imeldy Staunton. Mogłaby stać za podręcznikową definicją “groźnej baby” i maniakalnego skąpstwa jednocześnie, nawet z samym zdjęciem bez wypowiadania kwestii. A wyobraźcie ją sobie w akcji po sporej porcji specjalnych ciasteczek, z hipisowskim przesłaniem w tle…

 

To, co kochasz…

zmieści się w telefonie BlackBerry i uroczej wersji utworu “All You Need Is Love”. Już nikt nie udaje, że w reklamach telefonów komórkowych chodzi o ich funkcje i walory techniczne, ale po prostu o samorealizację, miłość i bycie szczęśliwym. Użytkownicy tych gadżetów są po prostu fajni.  Fajny bądź i Ty!

Pod coverem podpisał się niejaki Grayson Matthews. Jeszcze nie można go kupić na iTunes’ach, ale po fali zapytań do google o autora odświeżonej wersji przeboju z pewnością szybko się to zmieni.

Micah Paul Hinson i jego gitara

Jeśli tak jak ja, wybieraliście się na wczorajszy występ grupy Grizzly Bear w katowickim klubie Hipnoza, to pewnie informacja o odwołaniu koncertu nie była dla was dobrą wiadomością. Poza Yo La Tengo to miał być zdecydowanie najmocniejszy punkt festiwalu Ars Cameralis. Przynajmniej do niedzieli, do godziny 19.45, bo właśnie mniej więcej w tym czasie na scenie pojawił się sympatyczny chłopiec z gitarą, niejaki Micah P. Hinson, który - po pierwsze - na pewno nie był misiem Grizzly (za co zdecydowanie przeprosił), a po drugie nigdy nie miał do czynienia z teorią public relations, bo nie tylko nie powiedział nic dobrego o swojej twórczości, ale mówił  o niej wręcz źle, dziwiąc się organizatorom, że podjęli trud zaproszenia go do fuckin’ Poland.

W konsekwencji nie miało to jednak większego znaczenia, bo prawie dwugodzinny występ Hinsona był jak dobre, wytrawne wino, do którego picia nie trzeba nikogo specjalnie przekonywać. Zagrał utwory ze wszystkich swoich płyt, nawet  tych jeszcze niewydanych, przerywając krótkimi, biograficznymi opowieściami, innymi dziwnymi historiami lub po prostu zapalaniem papierosa. Zdarzały się również małe wpadki, jak zapomnienie tekstu - memory problem - i pomyłki w akordach. Nie przeszkadzały jednak w odbiorze, a nawet dodawały Micah swoistego uroku…  Nie będę wymieniać tytułów poszczególnych utworów, bo jedyny album Hinsona, który mam w swoim posiadaniu, to ostatnie wydawnictwo, na którym śpiewa covery. Mogę jednak napisać, czego nie wykonał. Nie zagrał klasyka Beatlesów “While My Guitar Gently Weeps”, który moim zdaniem wśród coverów szczególnie się wyróżnia. Był za to Bob Dylan i Leonard Cohen.

Jakiś czas temu jeden z recenzentów New Musical Express napisał o Hinsonie “Cosmic Country Noir” i pewnie coś w tym jest. Ja napiszę, że bardzo żałuję, iż jego twórczość poznałam tak późno.

Micah P. Hinson

Czyść, czyść, czyść

Alternatywni artyści ulicy już nie tylko projektują wzory na butach i koszulkach, ale również maczają palce przy spotach globalnych marek. Pochodzący z Chicago  “Goons” uczestniczył w produkcji animowanej reklamy online dla marki Orbit, którą możemy oglądać między innymi w serwisie YouTube. Spot jest dość długi, bo trwa ponad minutę, ale polecam obejrzenie go do końca. Zresztą 78 sekund mija bardzo szybko, również dzięki wesołej i bajkowej muzyce. Jeśli wydaje wam się, że to Camera Obscura, to macie rację. Utwór “Keep It Clean”.

WordPress Themes | updated by GTK.PL