Tak jak pojawiają się alternatywne metody czytania książek, tak też popularyzacja muzyki klasycznej może przybierać nowe formy. W dodatku sposób jej prezentacji i interpretacji też już nie jest taki oczywisty. Czy żywe instrumenty to jedyne narzędzia, które mogą wywołać efekt końcowy?
Podobne pytania zadawali sobie autorzy najnowszej kampanii sieci komórkowej Vodafone w Nowej Zelandii. Efektem odpowiedzi jest produkcja spotu pod hasłem “Symfonia”. Uwertura “1812″ Piotra Czajkowskiego wykonana za pośrednictwem 1000 telefonów i sygnałów nadchodzących sms-ów. Pewnie wkrótce jak grzyby po deszczu wyrosną klony tego pomysłu (choć i Vodafone nie był tutaj do końca pionierem), więc warto o nim pamiętać.
Jak powstawał spot ( w dwóch częściach)
“Wesołych Świąt” od AKQA - amerykańska agencja szeroko pojętego marketingu interaktywnego - pionierzy pomysłu
Po raz pierwszy o cichej wojnie na słowa i obietnice pomiędzy koncernem Apple a imperium Billa Gates’a przeczytałam w “Poddanych Microsoftu” Douglasa Couplanda. Jeden z bohaterów książki w zabawny sposób po kolei wyliczał i grupował plusy i minusy pracy oraz produktów obu korporacji, biorąc pod uwagę nawet takie niuanse jak plakietki identyfikujące pracowników. Wtedy (jakieś 15 lat temu) wspomniane opisy traktowałam wyłącznie w wymiarze literackiej fikcji i zabawnej wycieczki w rejony zupełnie dla mnie obcego odłamu rzeczywistości. Komputer kojarzył mi się z nowoczesnym narzędziem, używanym do różnych rozrywek, a moim rodzicom - zgodnie z ówczesnym dziennikarskim przekazem - z genialnym wynalazkiem, który na pewno pozytywnie wpłynie na rozwój mojej edukacji. Ani oni, ani tym bardziej ja, nie zdawaliśmy sobie sprawy, że gdzieś tam daleko już toczy się walka o “rząd dusz” wiernych wyznawców i zwolenników obu marek.
Ale dziś to już zupełnie inna sprawa. Popularne słowa “apple” i “windows” nabrały nowego wymiaru i kojarzą się jednoznacznie z gigantami świata elektronicznego, a logotypy ich macierzystych korporacji na pewno nie zostaną pomylone z firmą sadowniczą czy monterską. Przekazy reklamowe komunikujące preferowany styl życia użytkowników oraz cechy użytkowe i kontekst wykorzystania samych produktów stały się głównym narzędziem walki o niezdecydowanego konsumenta. I tak Apple postanowiło pokazać za pośrednictwem umiarkowanie śmiesznych scenek, jakie to “jabłuszko” jest sprytne, sympatyczne, piękne i cool w zderzeniu z ociężałym, nudnym i gamoniowatym PC. Po paru próbkach od razu było wiadomo, któremu z nich uda się poderwać brazylijską modelkę Gisele Bundchen. Microsoft podjął wyzwanie i odpowiedział serią spotów, pokazujących, iż nie ma się czego wstydzić będąc PC, że to też całkiem fajni ludzie, na dodatek tacy, którzy umieją dobrze liczyć i ekonomicznie myśleć, kupując to samo za mniej.
Finału marketingowej walki obu koncernów jeszcze nie było i pewnie długo na niego poczekamy. Póki co Apple - korzystając z okazji wprowadzenia na rynek nowego systemu operacyjnego Windows 7 - rzuciło w stronę Microsoftu reklamowy ogryzek z wygryzionym napisem “Broken Promises”. Czy trafiło celnie okaże się za jakiś czas.
Podczas gdy w Polsce większość aktywności blogerów w kwestii reklamy polega głównie na różnej formie sprzedaży cennych pikseli, to w Stanach blogerzy zaczęli się pojawiać wewnątrz samych przekazów. Oczywiście dotyczy to wyłącznie postaci wyjątkowych, powszechnie podziwianych i - co tu dużo mówić - licznie odwiedzanych. W pierwszej kolejności Scotta Schumana, słynnego Sartorialista, który od kilku lat zachwyca niekonwencjonalnymi zdjęciami ulicznej mody z całego świata, stanowiąc - z jednej strony - dzienną dawkę inspiracji dla tysięcy miłośników, a z drugiej wyznacznik trendów na kolejne sezony, zarówno dla popularnych sieciówek, jak i wielkich domów mody. Wystąpił - między innymi - w reklamie GAP, a obecnie w kampanii dla Verizon Wireless “The Global Gentleman”.
Scott Schuman dla GAP
Scott Schuman dla Verizon Wireless
Na specjalną uwagę zasługuje szczególnie ta ostatnia, która - moim zdaniem - jest jedną z najlepszych kampanii pokazujących możliwości (prawdziwe i ukryte :-)) mobilnych technologii komórkowych. Ciekawie, inaczej i z klasą. Na dodatek artystycznie, tym razem nie w przekombinowanym, ale tym dobrym sensie.
W jednym z pierwszych postów na blogu napisałam o arbitralnym podziale kobiet na dwie grupy, na te, które wolą wydać pół pensji na torebkę i drugie, robiące to samo tylko w kwestii butów. Przedstawicielką ostatniej z pewnością jest Jane Aldridge ze swoim projektem “Sea Of Shoes”. Młodziutka Amerykanka z dość zasobnym portfelem, co kilka dni zaprasza na modne - nie tylko obuwnicze - wycieczki w strony wyrafinowanego gustu, drogich marek i stylowych miejsc. Wielokrotnie pojawiała się młodzieżowej edycji Vogue - “Teen Vogue” - ale ostatnio również w normalnym wydaniu made in USA. Razem z uroczą mamą, ale to i tak coś. Natomiast z komercyjnego punktu widzenia godne odnotowania jest to, że właśnie zaprojektowała swoją kolekcję butów dla marki Urban Outfitters, która z pewnością podobnie jak sam blog stanie się wielkim sukcesem.
Nareszcie odezwał się we mnie patriotyzm lokalny. Rozczaruję jednak tych, którzy myślą, że walczę o jakąś wielką sprawę. Chociaż, kto wie… może dla kogoś zakupy to rzeczywiście coś.
W najnowszym numerze miesięcznika “In Style” po lewej stronie okładki informacja “Superdodatek! Przewodnik po najbardziej stylowych markach & miejscach w całej Polsce”. Fajnie. Kupiłam, otwieram, no i co widzę… Gliwice to nie Polska. Co więcej, Górny Śląsk to też nie Polska. Polska to według redaktorów wyłącznie: Warszawa, Kraków, Trójmiasto, Wrocław i Poznań. Reszty nie ma. Poza tym spora rzesza miejsc opatrzona hasłem “Top Secret” to żaden sekret, tylko dane popularnych centr handlowych. Sklep Burberry, MaxMary, Montblanc czy Trussardi znaleźć może każdy, po prostu wpisując jego nazwę w google. Za 4.90 lepiej sobie kupić jakąś przyzwoitą latte i pooglądać portal style.com.