Dlaczego warto jeździć komunikacją miejską?

Z wielu powodów. Po pierwsze ze względów ekologicznych. Niskopodłogowe autobusy, wypełnione szczelnie podróżującymi to dużo mniej spalin w mieście niż oddają wypluwające ostatnie tchnienie poniemieckie samochody z darowanym życiem. Po drugie ekstra czas na przeczytanie gazety, posłuchanie muzyki i pogadanie z kumplami - oczywiście pod warunkiem, że oni też jeżdżą tym co my. Po trzecie jedyna w swoim rodzaju szansa poddychania klimatem społecznym, powietrzem konwersacji wypełnionym realnymi problemami, a nie wyssanymi ze statystyk wskaźnikami PKB. Możliwość wyodrębnienia i popatrzenia na aktualne trendy kultury i mody, nie mające zbyt wiele wspólnego z recenzjami w prasie czy obrazkami made by Steven Meisel. A wszystko to w dość przyjemnej atmosferze wzajemnej uprzejmości kierującego i współpasażerów. Drodzy politycy, powinniście częściej wsiadać do komunikacji miejskiej. Od razu moglibyście napisać skuteczny program wyborczy w oparciu o wyraźne potrzeby mieszkańców waszego kraju. Tak. Jak sami widzicie powody są dość jasne, przejrzyste i godne poparcia. To dlaczego każdego ranka wyjeżdżam swoją, no dobra, prawie swoją renówką zapominając o wszystkim tym, co napisałam powyżej? Dokładanie tak samo, jak wszyscy moi koledzy w pracy, którzy autobus w środku po raz ostatni widzieli podczas studiów lub liceum, czyli bardzo dawno temu. Smród (nie tylko spalin), ścisk, powolny start i opóźniona meta, wątpliwa przyjemność stania i takie tam. To zwykle przychodzi nam do głowy kiedy rano obserwujemy tłumy na przystankach, wychylając swoje głowy zza zaparowanych szyb. No i współczucie. W sumie słusznie, bo poza intensywnością kampanii reklamowych “zamień wóż na bus” niewiele się pod tym względem zmieniło. Ostatnio dwukrotnie korzystałam z usług miejskiego przewoźnika i z wszystkich mankamentów podróży udało się wyeliminować (trochę) tylko jeden: smród spalin. Poza tym po staremu plus kilka nowości. Ścisk, baaardzo długa podróż (Gliwice - Katowice 1:20), absolutnie wrogo nastawieni tubylcy i strasznie trzęsie. No i nowy trend! Już nie iPody i inne odtwarzacze mp3 słuchane na słuchawkach, ale włączone komórki, z których sączą się niezjadliwe dźwięki. Trudno nawet powiedzieć co, bo nic nie słychać poza przytłumionym jazgotem, ale zainteresowani wiedzą o co chodzi i do tych zawodzeń stukają nogą, patrząc gniewnie w ziemię. Widziałam to wcześniej na swoim osiedlu, ale nie wiedziałam, że w autobusach to też funkcjonuje. Latem dodatkowo dochodzi wysoka temperatura. Niskopodłogowce może i ciszej jeżdżą, ale nie mają klimatyzacji i przy temperaturze 25 stopni na zewnątrz, w środku przypominają nagrzane puszki, w których łatwo przykleić się do siedzenia, udusić gęstym powietrzem lub ewentualnie zapachem potu współpasażera. Przejazd jest dość tani. A wiadomo, że taniość nie przyczynia się do poprawy jakości świadczonych usług. Niska cena zotawia również furtkę dla przwoźnika. Zawsze przecież może on zwalić winę na społeczeństwo, co biletów nie chce kupować albo płacić ciut więcej. No i na stan dróg, na których lepsze autobusy by się tylko marnowały. W konsekwencji nie ma co liczyć, że w najbliższym czasie ludzie masowo przesiądą się ze swoich czterech kółek do miejskich środków transportu. Organizowanie w Polsce dnia bez samochodu jest bez sensu. Chyba, że zaczną nam dopłacać za spóźnianie się do pracy lub wcześniejsze wstawanie. Tematu metra i tramwajów nie podejmuję, bo w moim mieście tego pierwszego nigdy nie będzie, a ten drugi właśnie zlikwidowali.

Kredytowo na ludowo

Podczas wczorajszego oglądania telewizji trafiłam na najnowszy spot banku Millennium z Zakopower w roli głównej. Zastąpili Feel’a. Śpiewają generalnie o tym, że warto mieć marzenia i cztery ściany, do których można wracać. No i oczywiście kochać. Bo jak to tak “nie kochać” w polskiej piosence. A poza tym po staremu, dzieci, rodzina i koniecznie kwiaty. Bez zaskoczenia. Spot może i profesjonalnie nakręcony, ale do bólu przewidywalny, nudny i słodki. Pomijam fakt promowania własnej twórczości za pośrednictwem logotypu instytucji finansowej, bo - wiadomo - płyty się gorzej sprzedają, a z czegoś trzeba żyć. Jednak może dałoby się odświeżyć pomysł na scenariusz i koncept całości?

Jak powstawał spot

Jak Tina Fey i Beyonce reklamowały karte kredytową American Express

Co by było, gdyby…

James Dean nie zginął w wypadku samochodowym? Pewnie to jedna z ostatnich rzeczy, nad którą się w tej chwili zastanawiacie. Ale jeśli jednak jesteście ciekawi to polecam spot reklamowy Allan Gray Investments. “Buntownik bez powodu” z życiem w stylu Audrey Hepburn.

Trzydziestka

Niektórzy twierdzą, że to taka granica, kiedy nareszcie trzeba dorosnąć. Co to oznacza? Nie wiem. I jestem raczej jedną z ostatnich osób, która mogłaby być o to zapytana. Bez kokieterii, ale nie można nazwać “rozsądnym” i “dojrzałym” wydania dwóch pensji na jedną torebkę i wegetowania na serkach topionych “Sertopu”, by później wyjść z długów. Magiczna trójka przed podawaniem swojej liczby lat to również najwyższy czas na rozpoczęcie jakiegokolwiek stadnego życia rodzinnego. A na pewno na poczynienie partnerskich zobowiązań. No i kredyt hipoteczny z xx lat do spłaty. Przynajmniej tak mówią statystyki. Na szczęście mam jeszcze czas na dobicie do tego pułapu, niewygodne pytania - odpowiedzi rodziny i znajomych. Ale bliska mi osoba urodzinowo walczy dziś z mini-depresją w związku z tą trójką przed. Na jej pocieszenie i ku radości ludzkości nie napiszę “Pięknych Trzydziestoletnich”, ale wkleję kilka naprawdę fajnych pomysłów, w związku z 30-tką niemieckiej edycji “VOGUE”. Wiem, że to w oczywisty sposób niespecjalnie wpłynie na poprawę samopoczucia, ale zawsze choć na chwilę odwróci uwagę od tych “-letnich” refleksji. Poza tym ostatecznie te wszystkie zjadliwe komentarze zawarte w wątpliwej jakości życzeniach (wiadomo o co chodzi) zawsze można mieć w nosie i żyć po swojemu. Tak by później nie żałować i się nie wstydzić. Przynajmniej przed samym sobą.

v1

v1

v7

v8

v9

v5

v4

v3

v2

WordPress Themes | updated by GTK.PL