Na sali klaskali!

Czy zdarzyło Wam się pójść w piątek wieczorem do kina na film, po którego zakończeniu ludzie klaskali? Nie pojedyncze przypadki, ale cała sala. Zaznaczam, że nie chodzi o jakąś megapremierę z VIP’ ami, przekąską i darmoszkami, ale pospolity seans po 19-tej, ze zgrają popcornu, coca-coli i stężenia tyłków na siedzeniach. Ja do wczoraj czegoś takiego nie przeżyłam ale jak widać świat nadal potrafi zaskakiwać i dzięki temu mam to doświadczenie za sobą. A wszystko za sprawą Quentina Tarantino i jego “Bękartów Wojny”. Od dawien dawna nie szłam do kina na obraz, o którym niewiele przed zobaczeniem wiedziałam. Jasne, znałam reżysera, obsadę, czas akcji, ale już na przykład zarysu fabuły i zwiastunu nie. W związku z tym niespecjalnie zakładałam czego się spodziewać, choć nie tylko fani autora “Wściekłych Psów” wiedzą, że zwykle zapewnia on rozrywkę przemieloną przez groteskę i meandry czarnych dziur popkultury. Nie inaczej było i tym razem, choć historia wydaje się być poważna. W końcu to wojna, Żydzi, okupacja Francji i w ogóle ciężki czas, o którym zwykle słyszymy rzeczy podniosłe, pisane z dużej litery. U Tarantino otrzymujemy fikcyjne wydarzenia ubarwione komediowymi aktami, z krwawą jatką i śmiechem w tle. Przerysowane czarne charaktery, budzące częściej litość niż grozę oraz bohaterowie walki, skalpujący swoich oprawców w imię zasłużonej kary. Wszyscy grają tu wyśmienicie. Nazwiska znane i nieznane. Na szczególną uwagę zasługuje Christoph Waltz, wcielający się w postać inteligentnego i przebiegłego pułkownika SS Hansa Landy. Z każdego potrafi wycisnąć prawdę i nie umknie mu z oczu żadna intryga. Wiadomo, że ten film to “zabawa w wojnę”, “komiksowy western” lub wytwór wyobraźni. Nie napisałbym jednak, ze “chorej”, bo wtedy i siebie skazałabym na leczenie. Choć przyznaje kino Tarantino jest może jak narkotyk, z każdą dawką chce się więcej i więcej. Na koniec uprzedzam ewentualne pytania, z góry odpowiadając: ja też klaskałam!

WordPress Themes | updated by GTK.PL