Kronika przypadków mody

W ostatnich dniach mam więcej wolnego czasu. Na szczęście nie z powodu wylania z pracy, ani innych postępujących kryzysów, ale przez pospolite przeziębienie. Celowo nie nazywam go grypą, bo jeszcze przestaniecie odwiedzać mojego bloga z podświadomego strachu przed - na przykład - zarażeniem. Serio! Nigdy nie wiadomo jak to jest z tą technologią. Na pewno pamiętacie jeszcze niejakiego Kaszpirowskiego, uzdrawiającego przez telewizor. Ponoć na niektórych to działało, dlaczego nie miałoby w drugą stronę, co? Przeziębienie nie jest takie złe. Dzięki niemu można nadrobić sporo zaległości w czynnościach, na które zwykle czasu szkoda. Weźmy takie czytanie. Od poniedziałku do piątku, prawie codziennie odwiedzam Empik, kupując coraz to nowe numery polskiej i zagranicznej prasy. Od czasu do czasu jadę do Katowic, gdzie Empiki są większe i aby dopchać się do gazet przechodzę przez dział książki i zwykle tam też znajduję coś dla siebie. Przez 5 dni nazbieram już tyle makulatury, że z łatwością mogę wybudować mini wieżę. W myślach, strategicznych planach i założeniach zostawiam sobie sobotę na uporanie się z całym tym szwadronem zadrukowanego papieru, ale jak to bywa z tego typu postanowieniami szlag je trafia już po przebudzeniu. Okazuje się, że jest 11.30, trzeba jeszcze zrobić zakupy, coś zjeść no i przeczytać - a jakże - weekendowe wydanie “Gazety Wyborczej”. Później przyjaciele wyciągają na nocne maratony i na tym koniec. Jasne, zostaje jeszcze niedziela. Ale wraz z nią pojawiają się kolejne zobowiązania w postaci odwiedzin rodziców, wypicia porannej kawy na mieście, wypadu do kina i korzystania z innych rozrywek. Na relaksującą lekturę zostają co najwyżej dwie godziny. W tym przedziale zwykle zdążę przekartkować “Przekrój” i “Forum” plus głupie plotki z “Vivy” czy innej “Gali”. Na tym koniec. Resztę poważnego czytania zostawiam na lepsze czasy. Wraz z poniedziałkiem rytuał zaczyna się od nowa. Dlatego jakiekolwiek zakłócenie tego rytmu uważam za zbawienne. Oczywiście głównie dla szarych komórek. Przez dwa dni udało mi się przeczytać dwie powieści Patricii Highsmith, zaległy i bieżący numery “Exklusiva” (fajny felieton Pauliny Reiter), “K Mag”, cztery “Polityki”, dwa “Przekroje” i kilka edycji tygodnika “Forum” (w ostatnim wywiad z Nickiem Hornbym, tym od “Wierności w stereo”) plus całą masę kolorowych pisemek o modzie made in poland oraz international. Po takim maratonie po raz kolejny dochodzę do wniosku, że tych ostatnich nie trzeba kupować już wcale. To niestety coraz większy konglomerat nieaktualnych newsów i tego, co dzieje się jakby obok rzeczywistości. Surrealistyczne kreacje z poza ulicy i quasi-psychologiczne trele-morele. Lepiej zainwestować w coś, co nie tylko faktycznie może do czegoś zainspirować, ale i solidnie dokumetuje jeden z wymiarów naszej zewnętrznej tożsamości - stroje. Te codzienne, a nie z wyobraźni stylistów. Kolekcjonowane i komentowane przez Scotta Schumana, znanego pod kryptonimem “Sartorialist”. Właśnie ukazał się pierwszy album z wyborem zdjęć gromadzonych przez tego autora. Na co dzień do oglądania tutaj, a na zawsze w wersji papierowej. Gdyby niemiecki socjolog Georg Simmel współcześnie pisał swoją “Socjologię Mody”, zdjęcia “Sartorialista” z pewnością mogłyby się w niej znaleźć, jako komentarz do zobrazowania postmodernistycznej rzeczywistości i tego, że wszystko wolno. Ja już mam swój egzemplarz. Wam też polecam.

the sartorialist

WordPress Themes | updated by GTK.PL