Zbrodnie i wykroczenia
Ostatnio rzadko zaglądałam do internetu. Czas łączności “online” ograniczyłam wyłącznie do pobytu w pracy, kiedy jest to absolutnie niezbędne (ha, ha) i pożądane. Znalazło to swoje odzwierciedlenie w zaniedbaniu projektu “emjotka” i w ogóle kontaktu z elektronicznym światem. Miało jednak również kilka plusów. Po pierwsze udało mi się zrobić porządek w płytach, książkach, gazetach i szafie. Po drugie odświeżyć i zakonserwować kontakty w sferze “face-to-face relations” i wreszcie po trzecie uaktywnić mocno zakurzoną formę fizyczną. Po długich wahaniach i wymówkach zainwestowałam część pensji w rower, strój na rower i inne akcesoria, które nie tylko mnie wydawały się absolutnie niezbędne. Wydatki - jak to w takich przypadkach bywa - założone na kilkaset złotych rosły i rosły, ale na szczęście wraz z nimi chęć do rozpoczęcia faktycznej jazdy. No i w końcu udało się. Zaczęłam bardzo skromnie i pewnie byłam sporym utrapieniem dla osoby, która postanowiła poświęcić swoje nogi i cierpliwość dla słusznej sprawy oswojenia mnie z nieco dzikim pojazdem jednośladowym. Ale z czasem poprawiłam się na tyle, że już można było mnie zabrać na dłuższe wycieczki. Ulice zamieniłam na leśno - górskie ścieżki i naprawdę poczułam spalane kalorie. Wszystko szło dobrze, sympatycznie i spokojnie do zeszłego wtorku, kiedy to zachciało mi się pojechać do lasu, w którym w dzieciństwie wygłupiałam się na nieśmiertelnym modelu “Wigry III”. Najkrótsza droga prowadzi przez tunel pod dworcem PKP. Nie wąską szczelinę w skale, nie perony, ani chodniki, ale przez szeroooką przestrzeń, która po godzinie 20-tej wygląda jak bezludna wyspa. Ja wracałam tamtędy jeszcze później. No i właśnie wtedy dopadła mnie twarda ręka polskiej sprawiedliwości w postaci pani policjant i pana policjanta. Może bym i uciekła, bo przecież ostatecznie jestem krótkowidzem, mogłam nie zabrać soczewek i pomylić odznakę policyjną z przestępcą i gazem łzawiącym. Jeden ze znajomych tak zrobił i do stojących stróży prawa krzyknął “jak chcecie to mnie złapcie’. Nie jechałam jednak sama, no i wtedy nie wiedziałam czego oni mogą ode mnie chcieć. Może informacji? Na przykład, jak dotrzeć do najbliższego komisariatu, gdzie podają najlepszą latte lub czy warto iśc na film “Kac Vegas”. Niestety nie o to chodziło. Powód załączam poniżej. Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że o tej porze tam naprawdę nikogo nie było. Zagrożenie mogłam stanowić co najwyżej dla automatu z coca-colą. Poza tym, chyba bezpieczniej przez ten tunel jechać niż chodzić… Skończyło się na najniższym wymiarze kary. Gdybyśmy trochę mniej mówili to pewnie wystarczyłoby pouczenie. Ale w sumie za dwie dychy trochę wrazeń, no i można się było poczuć - prawie - jak Bonnie i Clyde. Szkoda tylko, że cała procedura trwa znacznie dłużej niż wypisywanie mandatu za wykroczenia samochodowe. Dostawałam, to wiem. Piszę to ku przestrodze dla innych oraz jako zachętę dla dwóch rowerzystów, którzy z dużą prędkością minęli nas i policjantów tego wieczoru w holu dworca. Panowie, powinniście postawić nam co najmniej po jednym mojito…
Pojawiły się juz pytania, czy zauważyłam błędy ortograficzne w mandacie. Jasne, że tak. Tym niemniej sam mandant chyba nie podlega reklamacji ze względu na ignorancję ortograficzną policjanta. Jeśli tak, dajcie znać. Skorzystam z ewentualnego wariantu zwrotu. Mam oryginalny druk nadal w swoim posiadaniu.


