All we need is sex

To on zawsze działa na naszą wyobraźnię, nawet jak kupujemy kanapkę w fast-foodzie. A przynajmniej próbują nas do tego przekonać marketingowcy i to nie tylko w czasach kryzysu. Oklepana, miliony razy powielana, kopiowana, stereotypowa “goła baba” reklamowała już chyba wszystko. Gdyby się nie sprawdzała to nie korzystano by z jej uslug z taką częstotiwością. Właśnie pojawiła się w nowej odsłonie, w kampanii Burger Kinga. Ponoć tylko w Singapurze, ale już zdobyła sporą popularność poza granicami rynku przeznaczenia. Dominują glosy krytyki różnego rodzaju. Jednych oburza korelacja z seksem oralnym, innych brak konsekwencji. Ci drudzy pytają: skoro skorzystano już z takich skojarzeń słowno - obrazkowych to dlaczego kanapka nie kosztuje 69 centów? Na pewno sprzedawałaby się lepiej. A tak… to po prostu kolejna akcja z serii “głodnemu chleb na myśli”.

Burger King Ad

Star Whores

Gdyby zabrakło wam pieniądzy na opłacenie rachunków, ewentualnych rat kredytów, zakupu spożywczych niezbędników, ubrań, płyt, pachnideł, benzyny, biletu na autobus, a nawet wody to co byście zrobili? Bank już dawno wpisał was na czarną listę, rodziny nie macie, przyjaciele na wasz widok pryskają na drugą stronę ulicy, a pracodawca zastanawia się czy w ogóle wypłacić pensję. Sytuacja prawie patowa. Gotowy materiał na dramat społeczny, samobójstwo lub “Sprawę dla reportera”. Ale nie w Hollywood. I na pewno nie w gatunku komedii romantycznej. Tutaj zawsze znajdują się pozytywne i szybkie rozwiązania, w których na raz, dwa, trzy znikają kłopoty, a i miłość znaleźć można. Na przykład zakochuje się w was milioner/milionerka, która marzy o poślubieniu inteligentnego biedaka albo wymyślacie super “coś”, co niespodziewanie staje się hitem i sprzedaje się w bilionie egzemplarzy. Steve Jobs zatrudnia was na stanowisku glównego projektanta Apple, dostrzega boski talent i od razu awansuje na wice -prezesa koncernu. Ewentualnie wymyślacie Twittera, You Tube’a lub “skromniej” - Google. No i wątek spadkowo - nieruchomościowy. Wasza ciotka - fryzjerka podsłuchuje rozmowy telefoniczne pewnego maklera, inwestując ciężko zarobione dolary w akcje, które następnie sprzedaje z ponaddźwiękowym zyskiem, przed kryzysem. Nie cieszy się jednak długo swoją fortuną, bo w aptece zamiast lekarstwa na serce dają jej coś na ciśnienie i umera we śnie biedaczka, zostawiając wszystko wam - nam. Tak mogłoby być. I z pewnością wiele razy było, nie tylko w produkcjach zza oceanu. Ale nie u Kevina Smitha. Kiedy ponad rok temu usłyszałam po raz pierwszy, że właśnie ten reżysero-scenarzysta zabiera się za kręcenie wyjątkowo śmiesznej komedii romantycznej, od razu przeszły mnie ciarki. Z ekscytacji, nie strachu. Bo u niego - jak to u niego, o stereotypowe myślenie raczej trudno. Albo inaczej, nie tego rodzaju obrazu spodziewają się potencjalni widzowie wspomnianego gatunku. Nie ma wzdychania, nie słychać ani nie widać trzepotu rzęs, zwrot “i love you” nie pada w co drugim ujęciu, nie wszyscy są przystojni i nieskazitelni, a miłość zdarza się niekoniecznie od pierwszego wejrzenia. Co więcej sporo tutaj rozbieranek, macanek, przerysowanej perwersji i wulgarnego języka, który nie zawsze okazuje się przetłumaczalny na polski. Tak to jest jak się romantyzm zamienia na porno. Przynajmniej na 85 minut. Bo o to w tym wszystkim chodzi. “Zack i Miri kręcą porno”. Nie dla przyjemności, ale dla odbicia się od finansowego dna. I chociaż nie do końca złapałam wątek jak mieliby na tym zarobić w erze redtube’a, przegrywarek i innych wynalazków to taki z grubsza był cel całej seksualnej aktywności. Nie mam zamiaru opisywać fabuły i poszczególnych scen, bo od tego są inne portale. Może nawet ktoś z czytających skusi się na wycieczkę do kina. Bardziej natomiast interesują mnie opinie osób, które na tym filmie ze mną były, patrzyły w ten sam ekran, piły tą samą colę i w ogóle. Niby się śmiali, a jednak po napisach końcowych padły mało pochlebne recenzje. Poza zachwytami nad niewątpliwą urodą Elizabeth Banks powtarzający się głos, że to “mielizna”, “głupota”, “nędza” i stracone 17 złotych. Nie wspomnę o porównaniach do “American Pie”, bo elementów wspólnych pomiędzy dwoma obrazami nie widzę. Oczywiście każdy ma prawo do własnego zdania, ale myślę sobie - drodzy współ oglądający - czego spodziwaliście się po Smithie? Że nagle dorośnie i zrobi super - poważny film z porno w tytule? Że zakopie w śniegu charakterystyczne dla siebie świntuszenie i mało dyplomatyczny język? Zapomni o swoim wręcz obsesyjnym uwielbieniu dla sagi “Gwiezdne Wojny” ? No i w końcu, że zwolni z pracy swojego etatowego aktora Jasona Mewesa? Po trzykroć nie. Z Kevinem Smithem jest chyba tak, jak z wieloma rzeczami, albo kupuje się go bez reklamacji albo omija szerokim łukiem. Ja od czasu obejrzenia “Sprzedawców” jestem wierną fanką. Wiadomo, zdarzały się obrazy lepsze i gorsze, ale zawsze mają to coś, co poprawia mi dzień. Może dlatego, że nie spodziewam się wydumanych teorii, gotowych recept na zycie, nieprawdopodobnych historii miłosnych, filozoficznych dialogów, ale po prostu komedii. Bo chyba o to w tym filmie chodzi. Żeby na chwilę wyjść z przewidywalnej rzeczywistości i dorosłości, a wtedy rozrywka murowana. Może mało oryginalna, ale jednak. Prawie tak dobra jak niechlubne wygłupy, o których potem tak chętnie opowiadamy swoim kumplom. I nie ma się co wstydzić, że właśnie to nas śmieszy. Bo czasem i taki rodzaj humoru jest potrzebny. I z tym przesłaniem “May the sex be with you”.

Thriller

Mam w pracy kolegę, który czasem ma w zwyczaju wpadać niespodziewanie z jakąś sensacyjną nowiną. Zwykle fałszywą, nastawioną na wyśmianie naszych szybkich reakcji, objawiających się nerwowym stukaniem w klawiaturę. Wiadomo - chcemy jak najszybciej zobaczyć newsa na własne oczy. Kliknąć w tekst, pooglądać zdjęcia, ewentualnie zostawić komentarz. Jak prawie każdy postępowy obywatel XXI wieku, internauta, który od czasu do czasu ulega przedawkowaniu TVN 24. Nauczeni doświadczeniem coraz rzadziej dajemy się nabrać na dziwaczne pomysły naszego towarzysza. Albo inaczej - czekamy aż zamkną się za nim drzwi, by trochę spokojniej sprawdzić czy jego rewelacje są “true or false”. Nie dalej jak dwa tygodnie temu wpadł z informacją: “Jackson nie żyje”. Oczywiście nawet najbardziej naiwni nie zaczęli szturmować elektronicznych wynalazków, by ją zweryfikować z góry klasyfkując to jako mało wiarygodne. Kiedy dziś rano zerknęłam w swój telefon i zobaczyłam wiadomość o dokładnie tej samej treści od znajomego, ktory poleciał na koncret Dave Matthews Band do Londynu moja reakcja była podobna jak w pierwszym przypadku. Nie dlatego, że jestem fanem twórczości MJ i nie dopuszczałam takiej możliwości. Po prostu przyzwyczaiłam się - pewnie podobnie jak wy - że pisało się o nim wyłącznie w jakimś sensacyjnym wymiarze, nieautoryzowanym, a co za tym idzie raczej fikcyjnym, szkicowanym wyobraźnią portali plotkarskich. W niektórych odpadał mu nos, w innym groził jego demontaż, niczym przysłowiowe czarne chmury wisiało nad nim widmo bankructwa, nie wspominając o oskarżeniu o pedofilie. Pewnie umierał też wiele razy i z różnych przyczyn. A dziś to wszystko na serio. Transmitowane na żywo w większości amerykańskich kanałów telewizyjnych, przerywane cytowaniem wpisów z Twittera, zarówno zwykłych ludzi, jak i celebrities. Portal gawker.com żartował nawet, że jeśli zdradzacie żonę albo macie jakieś inne ciemne sprawy na sumieniu, to najlepiej wyjawić to dzisiaj, bo i tak nikt nie zwróci na nie uwagi. W końcu odszedł artysta, który na świecie był i dlugo jeszcze będzie rozpoznawalny tak jak coca-cola, McDonald i Madonna. Marka globalna. Może faktycznie ostatnio trochę w kryzysie. Wyśmiana, wyzwana od kosmitów i tracąca swój blask, ale z pakietem nagród Grammy oraz liczbą sprzedanych płyt jak dotąd nie do pobicia. Jakby nie patrzyć, czy to się komuś podoba czy nie: król muzyki pop. I to taki, który miał wkrótce wrócić na tron, trochę dzięki swojemu geniuszowi, a trochę dzięki specom od marketingu. Końcowego efektu już nie zobaczymy. A kto wie, co by to było… Może w kolejnym roku MJ zagrałby na właśnie trwającym festiwalu w Glastonbury? Anyway, mnie zawsze będzie się kojarzył z doskonałym albumem “Thriller” i z dorosłą, nieco karykaturalną wersją Piotrusia Pana. Przez najbliższe dni pewnie sporo jego muzyki da się usłyszeć na skali fm i w kanałach pod wezwaniem MTV. Tak na do widzenia. A potem wszystko wróci do normy. Taki już jest ten szołbiz.

Mieszkam w “aglomecji”

A także w miejscu dobrym do życia. W mieście kameralnym, z pozytywną energią. Na styku transeuropejskich autostrad, gdzie przyjazna administracja pomaga wykształconym, zasobnym i życzliwym obywatelom we wszystkim. Bezrobocie jest znikome i chowa się za bujną, zaskakującą śląską zielenią. Plus najlepsze nocne życie w regionie… (zakończone wielokropkiem). Powyższy opis to nie “Sen o Warszawie”, ale treść reklamy Gliwic, zamieszczonej w najnowszym numerze tygodnika “Przekrój”. Oprócz tekstu kilka fotografii naczelnych atrakcji tej śląskiej metropolii. Na głównym planie dwóch panów żonglujących na trawie w parku. Nie wiem, co mają symbolizować, ale podejrzewam, że to ukryty przekaz autora projektu, ktory tym samym puszcza oko do czytelnika: “Sorry, kazali mi napisać coś dobrego, to pożonglowałem trochę słowami”. Cyrkowe porównania są w tym przypadku jak najbardziej uzasadnione, bo to przecież świat fantazji rodem z areny wygłupów, a nie rzeczywistości, nawet dla optymistów. Pomijam obecność błędów ortograficznych, choć przecież w reklamie są niedopuszczalne. No, chyba, że promujemy “Włatce Móch”. Machnę nawet ręką na tych sympatycznych urzędników, bogatych obywateli i egzotyczną przyrodę zamkniętą w palmiarni. Pomijam milczeniem peany pochwalne na temat stanu dróg i infrastruktury, szczególnie w okolicznościach słynnej już na calą Polskę akcji likwidacji tramwajów. Ale obok “bogatego życia nocnego” ciężko przejść obojętnie. Nie chcę podejmować tematu dwuznaczności tego zdania, bo został już porządnie wyeksploatowany przez lokalne media, ale pokazać co można robić w naszym mieście po zmroku. Załóżmy, że jest przeciętna piątkowa noc. Bez żadnych rocznic wybuchów czegokolwiek, wyborów kogokolwiek i innych okolicznościowych laurek. Do zaoferowania mamy kilka wariantów:

1. SPORTOWY - dla fanów wyczynów ekstremalnych. W programie przechadzka lub występ w niskobudżetowej i amatorskiej wersji filmu “Podziemny krąg” lub “Wojna polsko-ruska” na jednym z gliwickich osiedli. W najlepszym wypadku ukradną wam telefon, w najgorszym ukradną telefon i unieruchomią od stóp do ucha na najbliższy miesiąc. A wszystko to za prawdziwy gratis! To się już dziś naprawdę rzadko zdarza.

2. KNAJPIANY - dla amatorów picia piwa i “wolnego” rynku. Jak wiadomo porządne miasto, aby w pełni zasługiwało na takie miano musi takowy posiadać. I nasze ma. Dookoła pełno miejsc, gdzie może i jest ograniczona liczba stolików, ale alkoholu raczej nie zabraknie. Jeśli znudzi wam się siedzenie możecie potańczyć w “Hemingway’u”. Tylko nie zapomnijcie zabrać aparatów tlenowych lub innych substytutów powietrza, bo szybko go wam zabraknie.

3. TEATRALNY - sorry, w sezonie letnim nieczynny :-(. A Kino-Teatr X? Kino-Teatr X zamknęli dwa miesiące temu.

4. KONCERTOWY - ale akurat nie w tym tygodniu :-(

5. KINOWY - obecny. Cinema - City z bonusem zakupowym w Centrum Handlowym “Forum”. Jak nie przypadnie wam do gustu repertuar multipleksu to zawsze do obejrzenia sklepowe witryny, które zmieniają się częściej niż filmy na ekranach.

6. STUDENCKI - czyli śladem klubów studenckich. Niestety, jedyny godny polecenia - “Spirala” - zamknięto. Ponoć nie spełniał norm, bo dochodowy przecież był. Nie odebrano mu wcześniej piwa ani popielniczek, a to przyciąga nie tylko żaków.

7. ZAKUPOWY - stosunkowa nowość. Występuje pod kryptonimem “Noc Zakupów”, “Maraton Zakupowy” i tym podobne. Charakteryzuje się otwartością centrum handlowego do ostatniego klienta i obietnicą zniżki na wszystko. Ponoć unikatowy i dla wybranych, ale jest często i zjawia się większość. Ostatnio proponuje się “all inclusive”, czyli handel z koncertem i kabaretem. Była już Agnieszka Wlodarczyk, ale i Piotr Bałtroczyk.

To chyba wszystko. Możecie wybierać lub mieszać warianty. Dostępne w zestawach, również powiększonych.

A co do reklamy w “Przekroju” to nie wiem kto za tym stoi. Nie chce mi się wierzyć, że ktoś przy zdrowych zmysłach wyłożył na to złotówki z budżetu kasy miejskiej. Szczególnie w sytuacji głoszonych oszczędności. Może to sabotaż obecnych władz? I nie chodzi o to, że promowanie Gliwic na forum kraju jest złe czy niepożądane. Sama opowiadam dużo dobrego o swoim mieście, jak znajduję się na obcej ziemi. Ale ta kreacja to straszny wstyd i tyle. Jak muzyka Rubika i rymy Kupichy.

Gliwice reklamowo

WordPress Themes | updated by GTK.PL